Kolejny polski sąd próbował uporać się z linkami
13 Lut 2014

Kolejny polski sąd próbował uporać się z linkami

13 Lut 2014

Czasy się zmieniają, ale polskie sądy zawsze mają problem z linkowaniem.

Po raz pierwszy, na poważnie, tematem próbował zająć się Sąd Apelacyjny w Krakowie, już w 2004 roku. Pomyliło im się tam wszystko, linkowanie z deeplinkowaniem, domeny z subdomenami, pisałem o tym zresztą przy okazji wpisu „Dlaczego Kinomaniak musiał zniknąć?„. Można było te błędy wybaczyć, polski internet dopiero czekała premiera Naszej-Klasy i wielkiego boomu technologicznego, a skład sędziowski po raz pierwszy musiał mierzyć się z tematem tak trudnym, że nawet amerykańskie i europejskie orzecznictwo spiera się co do tego, jak te nieszczęsne hiperłącza traktować.

Co znamienne, wspomniana sprawa z 2004 roku dotyczyła naruszenia dóbr osobistych, choć wyrok od tamtego czasu z entuzjazmem często rozciąga się przeważnie na prawa autorskie. I – pomimo licznych zastrzeżeń co do jego merytorycznej wartości – polskie sądy i doktryna otaczają go szczególnym autorytetem.

Bohaterem dzisiejszego wpisu będzie jednak jeszcze gorący Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z dnia 18 grudnia 2013 r. (V ACa 524/13), który po raz kolejny zadziwił opinię publiczną nieczęsto przedostającym się do niej faktem, że za podanie odnośnika może grozić odpowiedzialność prawna. Zdziwienie mediów jest nieuzasadnione, ponieważ niedługo będziemy mieli dokładnie dziesiątą rocznicę tego, jak do podobnego wniosku doszedł wspomniany krakowski sąd apelacyjny.

Stan faktyczny

A o co chodziło w sprawie przed tym katowickim? Względem kierowcy prezydenta jednego z miast pojawił się zarzut kradzieży benzyny z służbowego samochodu. W materiale telewizyjnym pokazano zawiadomienie do Prokuratury, natomiast osoby oglądające go mogły z łatwością zapoznać się z jego treścią, a w nim znalazły się między innymi treści naruszające dobra osobiste powoda (kierowcy), w tym wskazujące jego dane, jak również informacje o kierowanych względem niego zarzutach. Kierowca uznał to za naruszenie dóbr osobistych, dość płomiennie powołując się pozwie na pogorszenie stanu psychicznego, społecznych relacji, itd. Jednakże we wspomnianej w niniejszym wpisie sprawie to nie stacja telewizyjna wystąpiła w roli pozwanego, to by było zbyt proste (wcześniej w tej materii odbyła się osobna sprawa, która zakończyła się ugodą między powodem a telewizją). W wyniku ugody stacja telewizyjna usunęła również materiał ze swojej strony internetowej.

Sprawę opisał również portal internetowy, a na swoich łamach – oprócz treści – zawarł link do wspomnianego materiału filmowego. Co ciekawe, sam pełnomocnik powoda uznał, że artykuł nie naruszał dóbr osobistych, naruszał je link do filmu, który – i tu ciekawe – portal uznał za „swój własny”. Na jakiej podstawie wywnioskował to pełnomocnik? Pod wpisem znajdowała się adnotacja o treści „Informacja własna„. Pozwany zaprzeczył, że film uznał jako własny, wskazał, że posługuję się tylko linkiem, a badający sprawę sąd okręgowy oddalił to powództwo. Abstrahując od argumentów Sądu związanych z art. 24 § 1 KC i przepisami prawa prasowego, dotyczących wypowiedzi i jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej i szczególnych w tym zakresie mediów, z punktu widzenia dyskusji o linkowaniu ciekawe wydaje się stwierdzenie:

 Zamieszczenie odnośników innych redakcji, kierujących do zapoznania się z danym materiałem jest dopuszczalne i bezpłatne, wymagane jest jednak podanie źródła pochodzenia tematu. Pozwany ostatecznie jednak usunął ten link.

Dalej Sąd pisał również:

Co prawda z treści przekazu filmowego wynika, że materiał ten dotyczy powoda, bowiem w liście anonimowym, w nim przedstawionym zauważyć można jego imię i nazwisko, to jednak trudno uznać, że działanie pozwanego było bezprawne. Pozwany, bowiem skorzystał jedynie z możliwości umieszczenia na swojej stronie odnośnika do tego materiału, kierującego na inną stronę internetową, która nie należy do niego. Pozwany zamieszczając ten link, jednocześnie powiadomił o jego źródle i przekierowaniu na inną stronę internetową. Twierdzenie, że pozwany uznał materiał prasowy (…) jako własny także nie znajduje akceptacji. W ocenie Sądu stwierdzenie „informacja własna” odnosi się jedynie do tekstu opublikowanego przez pozwanego, tj. do artykułu „(…) ?” a nie do odnośnika kierującego do obejrzenia materiału (…), w tym celu pozwany, dość dużą czcionką poinformował, że publikacja audiowizualna jest materiałem Telewizji (…).

dostrzegając przy tym, że powód pozwał już Telewizję i otrzymał rekompensatę za opublikowanie jego danych w materiale firmowym. Pełnomocnik powoda nie zgodził się jednak z takim postawieniem sprawy i zdecydował się na apelację zarzucając sądowi okręgowemu m.in. błędy w ustaleniach sądu z zebranym materiałem dowodowym.

„Sąd Apelacyjny zważył, co następuje”

Z tym ostatnim argumentem Sąd Apelacyjny się nie zgodził, zwracając uwagę, iż w treści apelacji nie znalazły się nawet precyzyjnie określone zarzuty co do rozbieżności wniosków sądu orzekającego w I instancji i materiału dowodowego.

Sąd Apelacyjny odniósł się natomiast do prawnego statusu linku. Co ciekawe, tym razem zdecydowano się pójść w kierunku interpretowania problematyki linkingu jako specyficznej metody realizowania prawa cytatu.

Nie jest to więc, jak chce powód, materiał własny pozwanego lecz sytuację taką można przyrównać do tej, w której materiał prasowy powołuje się na inny materiał w drodze cytatu, bez zmiany ingerencji w treść tego innego materiału.

Dalsza część wyroku Sądu Apelacyjnego zaczyna jednak uderzać w nieco inny ton, zdecydowanie mniej korzystny dla pozwanego.

Gdyby bowiem taki link nie został zamieszczony dostęp do witryny, której link dotyczył, wymagałby nie tylko znajomości adresu tej witryny ale także wiedzy użytkownika portalu pozwanego o tym, że kwestie poruszane w zamieszczonej przez pozwanego informacji były także przedmiotem materiału telewizji (…)

Sąd linkowanie do zewnętrznego materiału uznał za element pracy dziennikarza, zbliżony do prac nad samym tekstem. Jednocześnie podkreślił, że w świetle przepisów kodeksu cywilnego i prawa prasowego bezprawność takiego działania może zostać wyłączona tylko przy dochowaniu należytej staranności,

Pozwany nie wykazał tego by ujawnienie danych osobowych powoda – kierowcy samochodu służbowego w kontekście informacji o nieprawidłowościach w rozliczeniu zużycia benzyny służyło interesowi publicznemu ani też tego by odwołując się do cudzej wypowiedzi, której elementem było ujawnienie danych osobowych powoda, pozwany zachował się w sposób, o którym mowa w art. 12 ust. 1 Prawa prasowego. O ile bowiem, w interesie publicznym leżało ujawnienie zdarzeń, które doprowadziły do powiadomienia przez Prezydenta J.stosowanych organów o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z rozliczeniem paliwa w samochodach służbowych o tyle szczególna staranność i rzetelność nakazywała pozwanemu sprawdzenie powołanego cudzego materiału dziennikarskiego pod względem jego zgodności z obowiązującym prawem, w szczególności zaś z prawem prasowym. Tymczasem stosownie do art. 13 ust. 2 Prawa prasowego nie wolno publikować w prasie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę.

W świetle niedopełnienia przez portal internetowy wynikających z przepisów prawa obowiązków dotyczących dziennikarskiej rzetelności, roszczenie z tytułu naruszenia dóbr osobistych adresowane względem tego portalu było w ocenie Sądu zasadne.

Tajemnicze groźne linki

Moja opinia w powyższej sprawie jest następująca. Po raz kolejny mamy przypadek orzeczenia sądu w sprawie linkowania, które budzi kontrowersje i wątpliwości. Motorem napędowym tych dylematów jest praktyka – każdego dnia w sieci pojawiają się miliony linków, wśród których większość mogłaby w jakiś sposób zostać uznana za naruszające prawo. Osoba podająca odnośnik do określonej strony przede wszystkim nie musi mieć wiedzy, że dana strona łamie prawo, narusza prawo autorskie czy czyjeś dobra osobiste. Prawo cywilne jest w tej materii jednak dość bezwzględne, koncentrując się na konsekwencjach, a nie intencjach linkującego.

Sam link jako konstrukcja techniczna, owoc wyświetlania przez przeglądarkę poleceń zakodowanych w języku HTML nie stanowi naruszenia prawa, do naruszenia prawa może dojść dopiero w połączeniu go z zawartością docelowej stron. Jest to szczególnie niebezpieczne, ponieważ linkujący nie ma możliwości kontrolowania tego, co dzieje się na stronie, do której odsyła, weryfikacji tej treści, ale przede wszystkim – weryfikacji tego co stanie się z nią w przyszłości. Link o treści „Idiota” prowadzący do serwisu humorystycznego z zabawnym filmikiem pewnego dnia (w skutek np. przekierowań) może prowadzić do strony internetowej np. głowy państwa i przysporzyć jego twórcy istotnych problemów. Podobnie z sytuacją, gdy podajemy link do strony – jak nam się wydaje – z informacjami sportowymi, a po roku znajdują się na niej treści naruszające prawo autorskie albo nawet z moralno-prawnego punktu widzenia jeszcze gorsze i dla rozpowszechniającego bardziej niebezpieczne… Mam nadzieję, że w świetle powyższych argumentów Czytelnik rozumie dlaczego linkowanie jest kwestią tak niezwykle delikatną.

Niestety, jak dotąd nie spotkałem się z głośnymi sprawami, w których za linkowanie odpowiadaliby na przykład piraci pojawiający się na forach typu Polish Elite Board. Przeważnie konsekwencje ponoszą nieświadomi internauci, jak chociażby we wspomnianej sprawie z 2004 roku, gdzie krakowski sąd wydał wątpliwiej jakości wyrok. Wydaje się, że w tej kwestii niezbędna będzie nowelizacja europejskiego i polskiego prawa, co zapewne nastąpi w przyszłości. Do tego czasu pozostaje jednak liczyć na zdrowy rozsądek polskich sądów, które – niestety – w granicy prawa cywilnego rzeczywiście są dość mocno związane koniecznością analizowania konsekwencji, a nie intencji linkującego.

Jednakże wyrok w powyższej sprawie wydaje się – mimo licznych wątpliwości – słuszny. Pozwanym nie jest osoba prywatna, a redaktor, względem którego obowiązują normy etyki zawodowej wynikające z prawa prasowego. To jest niestety błąd jednego z dziennikarzy, który nieświadomy pewnej nowej praktyki poszedł „na pierwszy ogień”, a na jego przykładzie zapewne uczyć się będzie wielu branżowych kolegów. Otóż Sąd Apelacyjny w Katowicach stwierdził, że link stanowi element publikacji zbliżony w swojej istocie do cytatu i dziennikarz, dokonując rozpowszechnienia, odpowiada za zawartość znajdującą się pod linkiem w takim samym stopniu jak względem całego swojego artykułu. W opinii Sądu, potwierdzonej w przepisach prawa, autor powinien dochować należytej staranności, badając czy przywoływany materiał filmowy nie narusza cudzych praw.

Uznałem ten wyrok za uzasadniony w świetle obowiązujących przepisów, nie oznacza to jednak, że mi się on podoba (wręcz przeciwnie). W idealnym stanie prawnym zdecydowanie bardziej sensowna wydawałaby się argumentacja przyjęta przez sąd okręgowy. Jednocześnie – jest to wyłącznie efekt moich autorskich przemyśleń, a i zastrzegam prawo do zmiany tego zdania w ramach nabywania zawodowego doświadczenia  – bardziej właściwa byłaby koncepcja, która zwiększa odpowiedzialność wyłączną Telewizji, która pierwotnie naruszyła dobra osobiste, po uwzględnieniu tego, ile mediów powołało się na jej materiał. To jednak wymagałoby nie tyle wprowadzenia kazuistyki dotyczącej linków, co zmian w prawie prasowym.

Przy okazji warto też wspomnieć, że istnieje jeden wyjątek, gdy od odpowiedzialności karnej i cywilnej jesteśmy zwolnieni powołując się na cudze publikacje prasowe. To Polska Agencja Prasowa, której szczególnemu autorytetowi oraz kwestiom związanym z prawem autorskim poświęciłem osobny wpis na łamach TechLaw.pl.

Za szybkie podesłanie sprawy dziękuję jak zawsze nieocenionemu Mateuszowi.
 Fot. tytułowa: Anthony Ryan/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Leave a comment
More Posts
Comments
  • TT

    Po przeczytaniu tego artykułu widzę, że w swoim komentarzu pod poprzednim artykułem („Dlaczego „Kinomaniak” musiał zniknąć z sieci?”) źle oceniłem Pańskie poglądy. Teraz widzę, że jest Pan świadomy zagrożeń, które płyną z kuriozalnych orzeczeń ws. linkowania. Zwracam honor.

    A co do tego orzeczenia, to również jestem zdania, że wpływ na wyrok miał fakt, że pozwanym był dziennikarz, a więc osoba zobowiązana do zachowania szczególnej staranności na podstawie prawa prasowego.
    Zresztą, sąd nie zasądził powodowi żadnego zadośćuczynienia, słusznie uznając, że telewizja już mu zrekompensowała jego szkodę.
    Ograniczył się tylko do zobowiązania pozwanego do zamieszczenia przeprosin, co nie jest przecież dla niego szczególnie dolegliwe.

  • mirek

    OT: wszedłem na blog/stronę przypadkiem (merytorycznie ok, będę czytał), ale jedna uwaga – wywal Pan to justify dla tekstu, bo masakra że tak delikatnie powiem.

Comment