Prawo Nowych Technologii

Prawo europejskie

Viewing posts from the Prawo europejskie category

Odszkodowanie za naruszenie praw autorskich według „taryfikatora” nie wyklucza zadośćuczynienia

Odszkodowanie za naruszenie praw autorskich może zostać w polskim systemie prawnym wyliczone na dwa różne sposoby – na zasadach ogólnych lub na zasadzie wyliczenia trzykrotności (właściwie: dwukrotności) stosownego wynagrodzenia. Z punktu widzenia praktyki stosowania prawa w Polsce wydawałoby się, że jest to dość oczywiste. Ale teraz na poparcie tej tezy mamy też wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. 

Read More

„Google Tax” przegłosowany w Hiszpanii, agregatory zapłacą za linkowanie

Wiosną tego roku TSUE wydał orzeczenie w sprawie Svensson, zgodnie z którym linkowanie do już rozpowszechnionych legalnie treści nie narusza prawa autorskiego. Kilka dni temu ukazało się orzeczenie w sprawie Best Water (wciąż czekam na uzasadnienie, by je omówić), które nie ma nic do zarzucenia nawet linkom do treści rozpowszechnianych bezprawnie. A tymczasem Hiszpanie są zupełnie w odwrocie do tych koncepcji.

Read More

Unia Europejska w tym tygodniu: jednolite ładowarki i tani roaming od 2016

Chociaż Unii Europejskiej czasem zdarza się obrywać na łamach Techlaw.pl za absurdalność niektórych ze swych decyzji, na gruncie technologii postuluje też wiele słusznych inicjatyw. Miniony tydzień pod względem prawa w świecie techniki można zaliczyć do udanych.

Po szczytnym, choć karkołomnym pomyśle o regulacji płatnych „darmowych” aplikacji, w ostatnich dniach organy UE niezależnie przygotowały dwa projekty, które powinny zostać z entuzjazmem przyjęte przez posiadaczy telefonów komórkowych.

Uniwersalne ładowarki dla telefonów komórkowych w Unii Europejskiej

Wspólna polityka ładowarkowa została przyjęta z wielkim entuzjazmem Parlamentu Europejskiego w związku z dyrektywą w sprawie urządzeń radiowych – 550 głosów za, 12 głosów przeciw, 8 osób się wstrzymało. Projekt wciąż jeszcze musi zatwierdzić Rada UE. Państwa członkowskie będą miały dwa lata na wprowadzenie stosownych przepisów do ustawodawstw krajowych, producenci dostaną w sumie trzy lata na dopasowanie się do nowych zasad. iPhone 7S i ładowarka od HTC? Wygląda na to, że wkrótce taki scenariusz stanie się faktem.

Odgórny wymóg wspólnotowy dotyczący kształtu i specyfiki ładowarki godzi nieco w mojego liberalnego ducha, trudno jednak znaleźć wady tego typu rozwiązania. Szczególnie, że spora część czytelników Prawa Nowych Technologii zapewne ma jeszcze w pamięci czasy, gdy standard Micro-USB nie był jeszcze tak popularny i naładowanie telefonu komórkowego było wtedy dość restrykcyjnie powiązane z domem abonenta. Zmiany są tym bardziej mile widziane, że kiedyś baterie wytrzymywały kilka dni, dziś – kilka godzin. Być może dobrze byłoby pomyśleć o podobnych regulacjach również w zakresie tabletów i laptopów.

Parlamentowi Europejskiemu w dużej mierze przyświecały względy – oczywiście – ekologiczne (czasem trudno oprzeć się wrażeniu, że działania UE determinują jakiekolwiek inne względy niż troska o środowisko) i unikanie odpadów od wyrzucanych i nieużywanych ładowarek. Jestem ciekaw pełnego tekstu odnowionej dyrektywy. Wierzę, choć nie bez obaw, że przepisy zostaną skonstruowane w taki sposób, by nie eliminować jednocześnie dodatkowych, alternatywnych metod ładowania, nad którymi od jakiegoś czasu pracuje np. Nokia. W dyrektywie zmieni się też kilka detali, pojawią się m.in. nowe wytyczne dotyczące rozmieszczania sprzętu w sklepach z elektroniką.

unia europejska ładowarki

„Bezprzewodowa” ładowarka indukcyjna Nokia Fatboy (fot. Nokia)

Koniec drogiego roamingu w UE od 2016 roku

Jeśli polityka jednoczenia Europy ma uchodzić za skuteczną, to nie czynią ją taką górnolotne słowa, a właśnie takie gesty. Na przestrzeni lat organy UE w porozumieniu z operatorami negocjowały stopniowe obniżanie stawek roamingowych. W rozmaitych dokumentach chwalą się tym, że od 2007 roku zbili ceny połączeń z zagranicy o 80%.Pakiet telekomunikacyjny z 2013 roku zakładał pełną unifikację stawek za połączenia komórkowe na terenie całej Wspólnoty w najbliższych latach i właśnie  poznaliśmy wreszcie planowany  termin „zjednoczenia” Europy w sferze telekomunikacyjnej.

W kwietniu Parlament Europejski będzie głosował za zniesieniem opłat i ograniczeń roamingowych dla obywateli UE od dnia 15 grudnia 2015 (czyli w praktyce warto operować symbolicznym pojęciem „2016”), obejmując tym samym rozmowy telefoniczne, wiadomości tekstowe oraz internet, choć gwoli sprawiedliwości projekt nowelizacji zakłada też nałożenie dodatkowych opłat w „szczególnych okolicznościach”.

 Fot. tytułowa: Håkan Dahlström/Flickr   CC BY 2.0

UE rozprawi się z płatnymi „darmowymi aplikacjami”

W minionym tygodniu pojawiła się informacja, że Unia Europejska po raz kolejny chce regulować i usprawniać rynek nowoczesnych technologii. Tym razem oberwało się głównie aplikacjom mobilnym, które często wprowadzają w błąd co do swojej ceny.

Posiadacze telefonów komórkowych zaznajomieni z systemami takimi jak AppStore czy Google Play kojarzą zapewne programy, szczególnie gry, które umieszczono w katalogu darmowych, lecz dla czerpania przyjemności z ich używania, świadczenie dodatkowych nakładów jest wskazane lub w zasadzie koniecznie. Komisji Europejskiej zależy, by tego typu aplikacje przestały wprowadzać w błąd co do ich rzekomo „darmowego” charakteru.

Póki co ma za sobą już „pokojowe” rozmowy z ludźmi z sektora mobilnego i technologicznego. Wspólnie szukano możliwych rozwiązań na gruncie prawidłowego katalogowania odpłatności programów, jak również ograniczaniu możliwości zakupów przez najmłodszych, wymuszania płatności czy niewłaściwego prezentowania informacji kontaktowych producenta, przez co niemożliwe by było świadczenie usług pomocy technicznej na odpowiednim poziomie. Unia Europejska miewa czasem w kwestii technologii dziwne pomysły, ale zdarza im się też sporo dobrych inicjatyw. Tym razem KE postanowiła zmierzyć się z trudnym tematem ponieważ, tak między nami…

Darmowa aplikacja to biały kruk

Zastanawiam się czy Komisja nie otwiera w ten sposób swoistej Puszki Pandory. Specyfika rynku mobilnego sprawiła, że ich twórcy mogą i chcą w stosunkowo łatwy sposób bogacić się na popularności swojego programu. Dlatego też ciekawi w jaki sposób Unia Europejska chciałaby definiować aplikację darmową. Wśród darmowych aplikacji, za które docelowo nie należy płacić w systemach sprzedaży popularnych producentów telefonicznych, można wyróżnić:

  • Aplikacje darmowe, do których działania nie jest wymagane stosowanie jakichkolwiek opłat
  • Aplikacje darmowe, do których działania nie jest wymagane stosowanie jakichkolwiek opłat, jednakże twórca zachęca do darowizny doceniającej jego ciężką pracę
  • Aplikacje darmowe, do których działania nie jest wymagane stosowanie jakichkolwiek opłat, ale wyświetlające reklamy
  • Aplikacje darmowe, wyświetlające reklamy, ale z możliwością wyłączenia reklam za dodatkową opłatą
  • Aplikacje darmowe, w których część opcji dostępna jest za dodatkową opłatą
  • Aplikacje darmowe, które są wersjami demonstracyjnymi i po czasie wymagają zakupu pełnej wersji programu
  • Aplikacje darmowe, które jednak wymagają płacenia abonamentu, by korzystać z ich usług
  • Aplikacje darmowe, jednak w toku korzystania oparte na systemach mikropłatności (przeważnie gry)
  • Połączone warianty powyższych
  • I inne rozwiązania, o których w braku docenienia kreatywności programistów nie pomyślałem

W mojej ocenie inicjatywa podjęta przez Komisję Europejską jest jak najbardziej słuszna. W chwili obecnej coraz trudniej o naprawdę darmową aplikację. Nie ma nic w tym złego, producenci mają prawo zarabiać na swojej pracy. Jednak klasyfikowanie ich programów w gronie „darmowych” istotnie może wprowadzać w błąd. Jednocześnie powyżej przedstawiłem powszechnie funkcjonujący dziś katalog darmowych programów, z którego jednoznacznie wynika, że w wielu sytuacjach pozorna darmowość może wiązać się z wydatkami ze strony konsumenta.

Martwi mnie, że grono to jest tak rozległe. Prawodawstwo Unii Europejskiej jest nam powszechnie znane. Osobna zakładka dla każdego typu „płatnych darmowych aplikacji” w stosownych usługach zajmujących się ich dystrybucją? Nie takimi wynalazkami raczył nas już Parlament Europejski w swojej nieograniczonej, zbiurokratyzowanej pomysłowości.

Na ten moment Komisja Europejska znajduje się na niegroźnym etapie rozmów, planowania i przyglądania problemowi. Nie wiadomo czy ostatecznie zdecyduje się na dalsze działania w tej sprawie, przekazanie go innym organom lub też pozostanie przy status quo. Z lektury niektórych komunikatów prasowych można odnieść wrażenie, że KE stawia na negocjacje z producentami i edukację ich w materii prawidłowego klasyfikowania takich programów. Oczywiście nie przyniesie to skutku, gdyż twórcy aplikacji od jakiegoś czasu na pozornej darmowości zarabiają więcej niż na profesjonalnej sprzedaży swoich produktów. Dlatego z ciekawością wypatruję działań Komisji w przyszłości.

Fot. tytułowa: Carol Pyles/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Co mnie (nie)uwiera w prawie autorskim?

5 marca upływa termin konsultacji, w ramach których obywatele Unii Europejskiej zostali zaproszeni do wymiany swoich doświadczeń i przemyśleń na temat prawa autorskiego. Sama inicjatywa cieszy się póki co umiarkowaną popularnością, a sprawa jest przecież ważna. Być może warto, by internauci poświęcili jej chwilę swojego czasu dziś, zamiast za kilka miesięcy rozczarowani i zaskoczeni wychodzić na ulice, jak miało to miejsce w przypadku trochę przesadnie niesławnej ACTA. Jeśli chcecie się wypowiedzieć np. w temacie torrentów, to teraz jest  najbardziej odpowiedni moment.

Kuba Danecki z Centrum Cyfrowego i conasuwiera.pl w trybie pilnym zebrał grupę wyśmienitych dziennikarzy, blogerów, prawników (jest mi bardzo miło, że znalazłem się w tym znamienitym gronie – pełna lista zaangażowanych poniżej) i w formie naszych opinii na temat oczekiwań dot. europejskiej reformy prawa autorskiego chcemy zachęcić Was do zabrania głosu w sprawie najbardziej nurtujących kwestii. Czasu zostało niewiele, pozwólmy europejskiemu ustawodawcy zrozumieć sposób myślenia jego obywateli.

Nieznajomość prawa autorskiego szkodzi

Prawo autorskie ma fatalną opinię, bardzo zresztą niesłusznie, ponieważ polska ustawa w wielu miejscach prezentuje niezwykle liberalny punkt widzenia. Za takie choćby prawo do dozwolonego użytku wiele oddaliby miłośnicy miękkich narkotyków, a przecież – w sporym uproszczeniu – w prawie autorskim od lat „ściga” się głównie „dilerów”. I to nie zawsze.

Istnieją trzy zasadnicze powody niechęci współczesnych społeczeństw do prawa autorskiego:

  • jego nieznajomość
  • roszczeniowa postawa, brak zrozumienia i szacunku do pracy twórców
  • rzeczywiste niedociągnięcia rozwiązań prawnych i twórcy nadużywający swych uprawnień

Jednym z impulsów zapalnych do stworzenia Techlaw.pl był cykl kilku kolejnych dyskusji na temat prawa autorskiego w internecie na łamach serwisu Wykop.pl – a w mojej ocenie akurat ta społeczność stara się aspirować do miana jednych z bardziej ambitnych, a na pewno biegłych w zagadnieniach technologicznych, przynajmniej w polskim internecie. Liczba powtarzanych tam mitów i „miejskich legend” o kasowaniu plików w ciągu 24h czy magicznym „prawie cytatu, które pozwala na wszystko” była zatrważająca.

[pullquote align=”right”]Za prawnoautorski dozwolony użytek wiele oddaliby np. miłośnicy miękkich narkotyków[/pullquote]Nie chciałbym w tym miejscu uciekać się do banałów w postaci rzymskich paremii, ale jest dostrzegalnym faktem, że dyskusja na temat prawa autorskiego w internecie w zdecydowanej większości prowadzona jest przez ludzi, którzy nie znają go wcale lub dysponują jego wypaczonym obrazem. Nie jestem do końca przekonany czy sprawiedliwym jest notoryczne krytykowanie ustawy, jaka by ona nie była, w oparciu o mylne wyobrażenia na jej temat.

Oczywiście są też osoby znające ustawę o prawie autorskim lepiej od niejednego twórcy. Mowa tu na przykład o profesjonalnych „piratach” i to takich, którzy  bardziej znani są z działalności społeczno-politycznej, niż wgrywania terabajtów plików na popularne serwery. Postulują oni znaczące ograniczenie lub zniesienie praw autorskich. Problematyka rozmowy z tym nielicznym gronem ogranicza się do wyciąganych wniosków i wizji świata. Choć się z nią zupełnie nie zgadzam to przyznaję – w tej materii rzeczywiście jest pole do dyskusji i to być może dyskusji, której właśnie w tych dniach życzyłaby sobie Unia Europejska.

Prawo autorskie jest od chronienia twórców

W tej dyskusji prawo autorskie występuje jako  główny obszar zainteresowania tematyki ochrony własności intelektualnej. No właśnie – własności, instytucji  najświętszej na gruncie prawa cywilnego. Powinniśmy unikać sytuacji, w których odbiorcy nawet nie tyle wywierają presję na artyście, co obwołują się dysponentami praw do jego twórczości.

[pullquote align=”right”]Spotify, Netflix, YouTube, Steam, itd. – żadna z tych cyfrowych platform dystrybucji dóbr kultury nie powstała w wyniku reformowania prawa autorskiego, stworzyły je potrzeby rynkowe[/pullquote]Niektórym uczestnikom dyskusji marzy się swoiste „wywłaszczanie” twórców z ich praw, powołują się tu na dobro publiczne, rozwój kultury, biblijne metafory z mnożeniem ryb na pustyni. Argumenty te zawsze potęgują we mnie liberalnego ducha, który na pierwszym miejscu stawia prawa rynku. To jest twórczość artysty/wydawcy, on z całą stanowczością ma prawo decydować co się z nią stanie (nawet jeśli kończy się to takim linczem jak swego czasu na Z. Hołdysie), już i tak z mocy prawa godzi się na wiele ustępstw (dozwolony użytek, egzemplarz obowiązkowy, itd.), ale jeśli w swoich oczekiwaniach przesadzi – pozwólmy rynkowi zweryfikować jego oczekiwania. Spotify, Netflix, YouTube, Steam, itd. – żadna z tych cyfrowych platform dystrybucji dóbr kultury nie powstała w wyniku reformowania prawa autorskiego, stworzyły je potrzeby rynkowe. Twórcy zaś, czasem niechętnie, dopasowali się do nich lub w mniejszym/większym stopniu wybrali zapomnienie. Wszyscy znamy wykresy, z których wynika, że piractwo zwiększa wyniki sprzedaży – jest ich tak wiele i pochodzą z tak wielu źródeł, że mechanizm ten najwyraźniej rzeczywiście działa. Ale to twórca ma prawo decydować czy się na to godzi, bo to co tworzy jest jego.

Prawo autorskie, wbrew często lansowanemu poglądowi, nie zostało stworzone po to, by reprezentować interesy internautów. Ono ma chronić artystów i ich wydawców, którzy w relacji tej występują w mniejszości. Nie może być tak, że warunki stawia twórcom prawnoautorski Euromajdan, który pisarzy, programistów czy wytwórnie muzyczne kreuje na wroga, skorumpowanego i pozbawionego skrupułów oligarchę, a naruszanie praw autorskich – na przejaw bohaterskiej walki z systemem. Takie myślenie to realne tendencje i zagrożenia.

Pojawiają się zarzuty, że Unia Europejska w tej materii tworzy prawo pod wielkie koncerny, ale ja przede wszystkim bardzo przestrzegam ustawodawcę przed proroszczeniowym populizmem. Dlatego od ewentualnej reformy oczekuję przede wszystkim nadal właściwego zabezpieczenia interesów autorów, to oni są bohaterami tej ustawy. Masy mogą nie rozumieć idei praw autorskich, dlatego na prawodawcy spoczywa szczególny obowiązek tworzenia narzędzi ich ochrony. Zresztą – nie tylko narzędzi, bo (jak zostało już wykazane) edukacja w tej materii także jest potrzebna.

Rewolucja nie jest potrzebna, ale wiele można poprawić

Bywają chwile, gdy jestem pod wrażeniem ustawy, która powstała w 1994, czyli w czasie kiedy znane dziś rozwiązania technologiczne: smartfony, tablety, cyfryzacja, streaming, itd. były obce. Gdy twórcy polskiego prawa autorskiego pracowali nad jego treścią, internet był mniej więcej tak samo powszechny dla społeczeństwa, jak dziś bezzałogowe loty na Marsa – coś tam, gdzieś  tam i to w dalekiej Ameryce. Pomimo rewolucji medialno-technicznej (no i oczywiście dzięki kilku nowelizacjom) ustawa posiada imponującą wręcz zdolność dopasowywania się do wymogów współczesnego świata. Podobnie wygląda to w sferze bardziej nowoczesnego, europejskiego prawa.

Dlatego nie uważam, by gruntowne zmiany w prawie autorskim były konieczne. Ono w wielu aspektach radzi sobie doskonale. Natomiast stale należy rozważać pewne korekty, ze szczególnym uwzględnieniem aspektów ochrony w świecie nowych technologii. Niestety, być może wiązałoby się to z wprowadzeniem do prawa szerszej kazuistyki. Może ona być niezbędna, ponieważ już chyba jakiś czas temu na horyzoncie pojawiła się granica stosowania tych samych przepisów do tak różnych tworów jak książki, filmy czy obrazki w internecie.

To zresztą ten internet jest największą zmorą ustawodawcy. Google czy Facebook każdego dnia są narzędziem, pośrednikiem i współwinnym naruszeń praw autorskich. Być może czerpiąc nieco inspiracji w dyrektywach odnośnie świadczenia usług drogą elektroniczną, być może dodając nieco od siebie, przydałoby się wreszcie rozwiązać niezwykle palące i budzące wątpliwości, dotyczące linkowania czy działania internetowych wyszukiwarek. Niby mamy ogólne przepisy o rozpowszechnianiu, które bardzo precyzyjnie mówią jak jest, z drugiej strony – nikt chyba nie jest zadowolony w bezrefleksyjnym rozciąganiu ich na niektóre dziedziny internetu.

Inną palącą kwestią jest ostateczny głos w sprawie dystrybucji cyfrowej. Do tej pory nie wiemy jak traktować dobra takie jak filmy zakupione w VOD czy gry z serwisu Steam. Europejski ustawodawca, ETS i serwisy zajmujące się tymi kwestiami grają ze sobą w kotka i myszkę, zręcznie wymieniając dyrektywy, wyroki i zapisy regulaminowe. Myślę, że ostatecznie wygra jednak model amerykański, zgodnie z którym dystrybucja cyfrowa nie ma przyszłości na rynku wtórnym, ale do tego czasu czeka nas sporo batalii i głośnych wyroków. Po drodze pewnie uda się wypracować kilka modeli kompromisowych, sam Steam jakiś czas temu zaoferował zresztą usługę dzielenia się grami w obrębie znajomych.

Organizacje Zbiorowego Zarządzania nie cieszą się dobrą sławą. To nie do końca wina ustawodawcy, sama inicjatywa jest zacna. Niestety, samowola ZAiKSu i jego kolegów, działanie na granicy prawa, swobodne podejście do swoich obowiązków, reprezentowanie niereprezentowanych klientów czy cała fala budzących kontrowersje decyzji sprawia, że być może w tym zakresie – w trybie najbardziej pilnym – europejskie prawo autorskie powinno okazać się bardziej rygorystyczne. Oczywiście względem warunków funkcjonowania OZZ, które być może warto by było określać w osobnym rozporządzeniu.

[pullquote]Prawa autorskie nie powinny hamować rozwoju sieci, ale też rozwój ten nie może być dobrem najwyższym, który beznamiętnie depcze po drodze twórców w ramach wyższego interesu.[/pullquote]Od nowego europejskiego prawa autorskiego oczekuję także równowagi. Z jednej strony ma ono skutecznie chronić twórców, pozwalając na łatwą i skuteczną walkę z różnymi formami pirackiej patologii, z drugiej – chronić użytkowników przed zakusami przesadnie pazernych autorów. Być może należałoby usprawnić i umocnić procedurę notice and takedown. Niech wydawca ma możliwość naprawdę szybkiego usuwania (albo raczej: tymczasowego ukrywania do momentu wyjaśnienia sporu) swoich treści. Ale w taki sposób, by – w przypadku nieuprawnionego  działania – bardzo żałował swojej nadgorliwości.

Mnie osobiście marzy się również wzorowana trochę na prawie karnym umyślność i nieumyślność naruszenia praw autorskich, co niestety może być trudne lub niemożliwie do zrealizowania w praktyce na gruncie prawa autorskiego. Szkoda, bo przecież czym innym jest podanie hiperłącza do strony, która dwa lata temu była szanowanym portalem, a dziś jest warezownią. Czym innym jest też świadome i pełne premedytacji rozsyłanie linków do Wilka z Wall Street.

Czekam też na rozwój problematyki dzieł osieroconych, to jest fantastyczna i względna nowość na gruncie prawa autorskiego, której powinno poświęcać się więcej uwagi.

Być może powinny pojawić się jakieś uszczegółowione kryteria szacowania szkody poniesionej przez autora.  Dziś te przesłanki bywają bardzo nieracjonalne, opiera się je na emocjonalnych wyliczeniach, zamiast na konkretnych liczbach (odsłonach, nakładzie). To też jest nieco naciągany postulat, ale jeśli europejski ustawodawca chce rewolucji w prawie autorskim, musi o takich rzeczach myśleć. Na pewno warto pomyśleć o jakiejś proporcjonalności. Jak bardzo słusznie zauważył na blogu cyberprawo.org Pan Zbigniew Okoń – prawo autorskie nie reguluje już wyłącznie relacji między profesjonalistami, wydawcą bywa też trzynastoletnia dziewczynka.

Nie lubię twardego, rygorystycznego, bezrefleksyjnego i nieelastycznego prawa. Lubię prawo, które – trochę w amerykańskim stylu – jest sztuką kompromisu, szuka rozwiązań win-win. Niech nowe prawo autorskie tworzy takie widełki, nić prostego porozumienia, czego zresztą zalążek mamy na łamach serwisu YouTube. „Hej, wykorzystałeś moje zdjęcie na swojej stronie internetowej? Na zdrowie, ale część przychodów reklamowych z tej i tej podstrony od tej chwili wędruje na moje konto”. Tutaj jednak chyba mniej do powiedzenia mają prawodawcy, a więcej… administratorzy sieci reklamowych? Google AdSense i spółka mogą mieć kiedyś w tej materii spore pole do popisu.

Wybaczcie jeśli przedstawione postulaty wydadzą się nieco zbyt ogólnikowe, ale cóż – taki przywilej blogera. Nie chciałbym być w skórze potencjalnego ustawodawcy. Po pierwsze – nie aspiruję, po drugie – prawdopodobnie próba praktycznego i rzetelnego przelania na normy prawne propozycji i oczekiwań internautów, z uwzględnieniem interesów autorów, może być karkołomna, jeśli nie… niemożliwa. Priorytetem jest jednak stworzenie przejrzystego prawa, które przede wszystkim skutecznie chroni twórców, a najlepiej by chroniło w taki sposób, by zarazem nie mogli oni nadużywać swoich uprawnień wynikających z tej ochrony.

Zasadniczym problemem prawa autorskiego jest jednak to, że jest ono nieprecyzyjne, niedokładne. Nawet osoby zainteresowane i praktykujące jego problematykę mają czasem problemy z właściwym stosowaniem tak prozaicznych konstrukcji jak choćby prawo cytatu. Na wiele pytań odpowiedzi musi znajdować dopiero sąd, który również ma przed sobą trudne zadanie… polegające na stworzeniu niemalże prawotwórczej wykładni. Być może zatem uchwalenie nowej, kompleksowej ustawy nie jest najgorszym pomysłem, choć prawdopodobnie okazałaby się niezwykle rozległym i jeszcze trudniejszym aktem.

Jeśli nie ochrona własności intelektualnej, która rozgrywa się głównie w internecie, to już naprawdę trudno mi sobie wyobrazić bardziej odpowiednią dziedzinę, by unijne prawo zjednoczyć. Prawo autorskie w Unii Europejskiej powinno być jednolite, ponieważ w sferze internetu trudno sobie wyobrazić znaczące różnice rynkowe – w sieci wszystko jest jednym rynkiem. To prowadzi do naturalnej refleksji, że z czasem do ujednolicenia przepisów warto nakłonić też Stany Zjednoczone, a potem i  inne kraje. Choć akurat odmienne, niejasne i zróżnicowane porządki prawnoautorskie przeważnie są atutem sprzyjającym piractwu.

Moja wypowiedź w skrócie? Przejrzystość, pilne powołanie nowych regulacji dla palących i budzących wątpliwości kwestii, tworzenie większej liczby kompromisowych rozwiązań. Ale wszystko to w pełnym poszanowaniu dla praw i priorytetowej pozycji twórcy.

Obecne prawo autorskie nie jest złe, a na pewno nie jest tak złe, jak powszechnie się sądzi. Wciąż można jednak zrobić w jego materii wiele dobrego. Dajcie Unii znać, przynajmniej w którym kierunku powinna podążać.

W powyższym temacie polecam również

VaGla • Edukator Medialny • Prawo Kultury •  IP Blog •  Co nas uwiera w prawie autorskim? • Lookreatywni • Widownia • Muzyka i Prawo • NaTemat • Własność Intelektualna w Praktyce • Centrum Cyfrowe • Radek Czajka • Cyberprawo.org • Prawo Muzyki

 Fot. tytułowa: Maria Elena/Flickr  ze zmianami, CC BY 2.0

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości o linkach – postęp, ale nie rewolucja

Wczoraj rano na łamach Techlaw pisałem o kolejnym orzeczeniu polskiego sądu w sprawie linkowania i problemów związanych z tym tematem. Tymczasem w międzyczasie pojawił się istotny w tej kwestii wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, na co zwróciła uwagę ekipa bloga IP w sieci

Wyrok w języku polskim można przeczytać na łamach Techlaw, a poniżej krótkie jego omówienie. Istotne jest jednak podkreślenie, że wyrok odnosi się bezpośrednio do dyrektyw związanych z ochroną własności intelektualnej, w związku z czym należy go rozpatrywać pod kątem naruszenia prawa autorskiego w wyniku linkowania (lub embedowania, o czym wspominałem przy sprawie Kinomaniaka). Przynajmniej na tę chwilę, teoretycznie nie ma więc bezpośredniej relacji między nim, a wczorajszymi doniesieniami o hiperłączach w zw. z naruszeniem dóbr osobistych.

Niedźwiedzia przysługa?

W sprawie, która znalazła się przed TS, jedna ze szwedzkich stron internetowych zarzucała drugiej, że… linkuje do ich treści. Czy twórca strony internetowej mógłby marzyć o czymkolwiek innym? A jednak, nie spodobało się to autorom witryny, do której prowadziły odnośniki. Uznali, że praktyka ta może sprawiać wrażenie, jak gdyby treści te należały do strony odsyłającej. Powodowie prezentowali swoje racje, podpierając się przy tym bardzo odważnymi argumentami, gdyż podążając za przyjętą przez nich logiką, można by było pozywać nawet czytniki RSS.

powodowie w postępowaniu głównym podnieśli m.in., że Retriever Sverige naruszyła ich wyłączne prawo do podawania swych utworów do publicznej wiadomości

Pozwani odpowiadali:

Odpierając zarzuty Retriever Sverige twierdzi, że udostępnienie listy linków do dzieł publicznie udostępnionych na innych stronach internetowych nie stanowi działania mogącego naruszyć prawa autorskie. Retriever Sverige podnosi również, że nie dokonała żadnej transmisji chronionego utworu, a jej działanie ograniczało się do wskazania swoim klientom stron internetowych, na których znajdowały się interesujące ich utwory.

Szwedzki sąd zrobił to, co rozsądne polskie sądy już dawno w kwestii linkowania powinny zrobić i zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości z pytaniami prejudycjalnymi.

To ważny wyrok, ale wiele nie zmienia

Dokonując szczegółowej analizy stanu faktycznego, Trybunał Sprawiedliwości bazując na swoich poprzednich wyrokach i wnikliwej analizie artykułu 3 ust. 1 Dyrektywy 2001/29/WE przedstawił kilka interesujących wniosków związanych z interpretacją przepisów na temat linkingu.

Należy stwierdzić, że udostępnienie odnośnych utworów za pośrednictwem linku, na który można kliknąć, takiego jak w postępowaniu głównym, nie prowadzi do udostępnienia odnośnych utworów nowej publiczności.

Publicznością, do której skierowane było bowiem pierwotne udostępnienie, byli wszyscy potencjalni odbiorcy danej strony, ponieważ – jako że dostęp do utworów na tej stronie nie był poddany żadnym ograniczeniom – wszyscy internauci mogli więc mieć do niego wolny dostęp. (…)

Wszyscy użytkownicy innej strony, na której sporne utwory były udostępniane za pośrednictwem linków, na które można kliknąć, mogli bezpośrednio dotrzeć do tych utworów na stronie, na której były one pierwotnie udostępnione, bez potrzeby aktywnego udziału podmiotu zarządzającego tej innej strony internetowej, użytkowników strony administrowanej przez tego ostatniego należy uważać za potencjalnych odbiorców pierwotnego udostępnienia i w związku z tym za część publiczności wziętej pod uwagę przez podmioty prawa autorskiego, gdy udzieliły one zezwolenia na pierwotne udostępnienie.

Bardzo rozsądna logika Trybunału zauważa, że treść opublikowana w sieci na ogólnodostępnym portalu staje się dziełem o charakterze publicznym. Jeśli link prowadzi do powszechnie dostępnej treści, to trudno jest to poczytywać jako naruszenie prawa, ponieważ siłą rzeczy nie dystrybuuje go nowej publiczności, która nie mogła zapoznać się z nim wcześniej we własnym zakresie.

Pewne wątpliwości mam jedynie względem kolejnego zastrzeżenia Trybunału, który bagatelizuje sytuację, w której „internauci klikają na sporny link i ukazuje się utwór stwarzając wrażenie, że jest wyświetlany ze strony, na której znajduje się ten link, podczas gdy utwór ten pochodzi w rzeczywistości z innej strony„. Nie do końca wiadomo o jakiej sytuacji mowa, czy u góry strony pojawia się po prostu ramka strony odsyłającej, a na dole treść docelowej (takie praktyki stosują często agregatory linków, np. popularny Wykop.pl) czy też ktoś na przykład w ordynarny sposób pobiera sobie na swoją witrynę tylko część zawartości innej w ramach ramek, wprowadzając przy tym istotnie w błąd co do tego, która witryna serwuje dane treści. Zakładam, że rozsądny Trybunał odnosi się jednak do pierwszej sytuacji, bo w przypadku tej drugiej moglibyśmy nie tylko doszukiwać się (w mojej ocenie) naruszania praw autorskich, ale i znamion nieuczciwej konkurencji. To tak zwany framing, zagadnienie prawu jeszcze bardziej obce i niezbadane niż, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, linkowanie.

Piratom ten wyrok nie pomoże

Spod tego grona dozwolonego linkowania orzeczenie wyłącza jednak sytuacje, w których hiperłącze prowadzi do treści, które nie są publicznie dostępne dla czytelników portalu docelowego. Prawdopodobnie ma tu na myśli różnego rodzaju treści premium dla czytelników abonamentowych, jak choćby coraz popularniejszą praktykę chowania zawartości za „Paywallem”, którą chętnie stosują serwisy internetowe, od jakiegoś czasu np. Rzeczpospolita, a od niedawna Wyborcza.pl. Jest to kolejne słuszne spostrzeżenie Trybunału i dobrze, że znalazło się w tym wyroku.

Pamiętacie może sprawę polityka, który na Facebooka wrzucił piosenkę rapera o pseudonimie Doniu, a ta – jak się okazało – na YouTubie znalazła się w sposób bezprawny? Polityk przegrał wówczas w sądzie i musiał płacić odszkodowanie muzykowi z tytułu naruszenia praw autorskich. Gdzieniegdzie pojawiają się głosy, że dzięki nowemu wyrokowi ten polityk, jak również piraci z for linkujących np. do RapidShare i innych usług tego typu mogą czuć się bezpieczni. Nic bardziej mylnego.

Bo przecież wyrok ten ogranicza się do:

  • treści, które zostały już udostępnione publicznie
  • na dodatek zostały udostępnione publicznie przez posiadacza(!) praw autorskich do tych treści

 Na co wskazuje nawet fragment wyroku odwołujący się do art. 3 ust. 1 dyrektywy, który o momencie publikacji (publicznego udostępnienia utworu) w pierwotnym portalu musi trafić tam za zgodą twórcy.

15      W kwestii tej z art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29 wynika, że każda czynność publicznego udostępniania utworów wymaga zezwolenia podmiotu praw autorskich.

Innymi słowy, omawiany wyrok Trybunału Sprawiedliwości w świetle pojmowania linków na gruncie prawa autorskiego nie zmienia tak wiele, jak podają niektóre serwisy informacyjne. Dobrze, że takie orzeczenie się pojawiło, pozwoli na oddalenie wielu – za przeproszeniem – bzdurnych powództw (to szwedzkie, prawdę powiedziawszy, sformułowano bardzo na wyrost) i jednocześnie gwarantuje rozwój internetu w jego obecnej, rozsądnej formie.

Z drugiej strony, w świetle niniejszego orzeczenia – co mnie osobiście mimo wszystko jednak cieszy – bronić nie będą mogli się np. piraci. Oczywiście nadal będzie uderzało to także w nieświadomych użytkowników sieci, dalej nie mamy praktyki postępowania z linkami, których zawartość zmienia się bez wiedzy linkującego, dalej wrzucając film z YouTube’a na Facebooka, jeśli znalazł się tam nielegalnie, możemy ponosić odpowiedzialność prawną. Trybunał Sprawiedliwości metodą małych kroków wprowadził wczoraj jednak małą namiastkę porządku w tej najbardziej pilnej kwestii związanej z linkowaniem.

A jeśli artykuł Wam się spodobał – linkujcie go dalej! I tak bym się nie pogniewał, ale teraz macie to na papierze ;-).

 Fot. tytułowa: Anthony Ryan/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0 i  Yanni Koutsomitis/Flickr ze zmianami, CC BY 2.0

Odsprzedawanie gier na Steam? Valve z tym walczy i wygrywa

Głośna sprawa Oracle vs UsedSoft odbiła się szerokim echem w Europie latem 2012 roku, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdził, że odsprzedaż raz zakupionego oprogramowania nie jest niezgodna z prawem. W związku z tym wiele firm do dziś boryka się z jej konsekwencjami, a jednym z liderów walki o swoje jest system-gigant dystrybucji gier komputerowych – Steam.

Wielki amerykański koncern informatyczny Oracle oferował licencję na swoje programy opiewającą na 25 stanowisk, tym samym firma posiadająca ich – jak podaje przykład przytoczony w orzeczeniu – chociażby 27, zmuszona była nabyć dwie licencje. Z drugiej strony istniały firmy, które posiadały licencję na 25 stanowisk, a wykorzystywały ją tylko na części z nich, pozostawiając sobie tym samym wolne „sloty” licencyjne. UsedSoft z kolei było firmą zajmującą się pośrednictwem i sprzedawaniem „używanych” licencji, jak również redystrybucją ich części. Oracle taka praktyka się nie spodobała (trudno mi ich winić) i ze sprawą udali się do niemieckiego sądu, gdzie wygrali w I i II instancji. UsedSoft stwierdziło jednak, że jest to niezgodne z prawem wspólnotowym i o pomoc zwróciło się do Trybunału Sprawiedliwości.

TS dokonując wykładni europejskich dyrektyw uznał, że prawo do rozpowszechniania kopii programu komputerowego zostaje wyczerpane w momencie sprzedania jej pierwotnemu nabywcy, podkreślając przy tym, że przepisy nie precyzują czy dotyczy to wyłącznie kopii na nośnikach czy również ich elektronicznej wersji. Tym samym TS stwierdził, że kolejni posiadacze licencji na określony program  mogą zostać uznani za jego uprawnionych nabywców. Taka decyzja Trybunału wywołała prawdziwą panikę wśród coraz liczniejszego grona usług zajmujących się cyfrową dystrybucją gier i oprogramowania. W konsekwencji dochodziło do licznych zmian regulaminowych. Konsekwencją pamiętnego wyroku TS był fakt, że od tamtego czasu użytkownicy Steam nie są już tak naprawdę właścicielami swoich gier. Usługa je im tylko „wypożycza”, zmiany te zresztą wprowadzono w niezwykle brutalny sposób, graczy „wywłaszczano” zaś pod przymusem, a brak akceptacji nowego regulaminu wiązał się z utratą dotychczasowego konta i wszystkich, zgromadzonych na nim gier, zgodnie z treścią zapisów… od dawna w regulaminie się znajdującym.

Przed kilkoma dniami mogliśmy być świadkami kolejnych konsekwencji wspomnianej sprawy. Niemiecki odpowiednik UOKiKu pozwał Valve z racji braku możliwości odsprzedaży posiadanych gier, jak również użyczenia komuś swojego konta, podpierając się między innymi dyrektywami przywoływanymi w sprawie Oracle vs UsedSoft. Berliński sąd opowiedział się po stronie Valve. Niestety, nie dysponujemy jeszcze uzasadnieniem tego wyroku, natomiast w polskich i niemieckich mediach po raz kolejny rozgorzała dyskusja na temat prawa do odsprzedaży oprogramowania.

W mojej ocenie, na decyzję sądu w Berlinie wpłynęły dwie zasadnicze kwestie. Pierwszą z nich jest brak klarownej definicji gry komputerowej w prawie naszych zachodnich sąsiadów, ale i w prawie europejskim, jak również w prawie polskim (wspominałem o tym przy okazji „YouTube a prawo„, jak również sprawy „Nintendo vs PC BOX„). Sądy coraz częściej poddają wątpliwości czy utwory tego typu należy traktować jako program komputerowy czy też utwór audiowizualny, a być może jakąś hybrydę tychże.  Takie rozwiązanie pozwala z kolei niemieckiemu sądowi dość swobodne i wybiórcze odnoszenie się do treści dyrektyw, w zależności od tego, pod którą kategorię dopasują grę komputerową w momencie orzekania.

Drugą, zdaje się – istotniejszą i moim zdaniem kluczową z punktu rozumowania sądu kwestią, jest fakt, że Steam w sierpniu 2012 wywłaszczył graczy z ich gier, a następnie nadał im status subskrybentów. Obecnie eksponuje to niezwykle wyraźnie, w punkcie pierwszym regulaminu swojej usługi. Obrazuje to kierunek, w którym będą podążali producenci usług pośredniczących i obsługujących oprogramowanie w przypadku dalszych nacisków ze strony europejskich wymiarów sprawiedliwości. Według mnie stawianie znaku równości pomiędzy oprogramowaniem na nośnikach, a tym w postaci cyfrowej może, ale nie musi być właściwym tokiem rozumowania ze względu na niezwykle złożoną specyfikę usług takich jak Steam, które nie stanowią jedynie pośrednika w procesie sprzedaży, a coś na kształt swoistego systemu operacyjnego dla graczy. W tej sytuacji należy jednak zadać sobie pytanie nad steamowym przymusem stosowanym przez niektórych producentów (jednak jest to już pytanie, którego adresatem powinni być twórcy gier).

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Steam stał się „twarzą” tej antyodsprzedażowej walki z Unią Europejską, ale z podobnych zapisów regulaminowych, pozwalających na omijanie prawa unijnego, jak również stanowczego braku infrastruktury technicznie umożliwiającej odsprzedawanie aplikacji, korzysta przecież Google Play, AppStore i wiele innych sklepów z oprogramowaniem.

Nowe spojrzenie na DRM po sprawie Nintendo vs PC Box

DRM to zagadnienie budzące kontrowersje wśród prawników, ale szczerze znienawidzone jest przez użytkowników oprogramowania, ze szczególnym uwzględnieniem graczy. Piraci doskonale radzą sobie z obchodzeniem tych zabezpieczeń, natomiast uczciwi nabywcy notorycznie zmagają się z coraz bardziej wymyślnymi i wymagającymi (np. stałego połączenia z internetem) formami weryfikacji swojej praworządności.

Poniekąd sceptycyzm wobec zabezpieczeń DRM (Digital Rights Management) jest jednym z kilku filarów światowej popularności i uznania firmy CD Projekt, która skupia w sobie takie marki jak serwis cyfrowej dystrybucji gier GOG.com czy popularną grę Wiedźmin. Polacy, jeśli tylko mogą, unikają problematycznych systemów weryfikacji. Z drugiej strony konsekwentnie stosujący taką politykę wydawcy, jak chociażby Ubisoft, wielokrotnie musieli z tego względu zmagać się z istnymi kryzysami wizerunku.

Z systemów DRM korzysta również Nintendo, jeden ze światowych gigantów rynków elektronicznej rozgrywki. Japońska firma zabezpiecza zarówno swoje konsole, jak i wydawane gry, a właśnie ta kwestia jest bohaterem dzisiejszego wpisu, który dotyczy Wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z dnia 23 stycznia 2014 w sprawie C-355/12 (Nintendo vs PC Box).

Nintendo vs PC Box

Nintendo jest producentem konsol o bogatej historii, obecnie opinii publicznie najlepiej znanym z wyposażonych w nietypowe kontrolery Wii, Wii U oraz przenośnej konsolki (tzw. handheld), kolejnej już z rodziny Nintendo DS (następcy popularnych GameBoy’ów). Firma ponadto produkuje gry na swoje urządzenia, m.in. przygody słynnego hydraulika Mario, Pokemony i wiele innych. Urządzenia od Nintendo w ramach systemu DRM wyposażone są w specjalne czytniki, które identyfikują kody umieszczone na grach pozwalając określić ich legalność. Kod jest konieczny, by gra mogła być uruchomiona, a – jak ustalił Trybunał – znajduje się on tylko na produktach multimedialnych wydanych przez Nintendo.

 Na drugim biegunie funkcjonowała włoska spółka PC Box, która na swojej stronie internetowej rozprowadzała konsole Nintendo, w których dokonywano przeróbek technicznych opartych na chipach modyfikujących, jak również instalowano oprogramowanie umożliwiające obsługiwanie nośników nie posiadających kodów potwierdzających ich autentyczność. Tak zmodyfikowana konsola była też w stanie odpalać wykonane we własnym zakresie i na własny użytek „kopie zapasowe”, jak również nośniki pochodzące z nielegalnych źródeł.

Choć Nintendo uznało, że modyfikacje te służą głównie odpalaniu pirackich gier, PC Box jako swoją linię obrony przyjął celowe blokowanie przez producenta konsol dostępu do multimediów innego rodzaju, a więc odtwarzania za pomocą napędu płyt z muzyką, filmami, zdjęciami, jak również gier tworzonych przez twórców niezależnych, funkcjonujących bez „błogosławieństwa” japońskiego giganta.

W związki z licznymi wątpliwościami odnośnie interpretacji prawa unijnego w kwestii zabezpieczeń określonych w dyrektywie 2001/29, w trybie pytań prejudycjalnych mediolański sąd zwrócił się do TS z zapytaniem o to:

  • czy ochrona wynikająca z art. 6 ww. dyrektywy obejmuje tylko zabezpieczenia DRM znajdujące się na nośnikach czy także te w konsolach?
  • czy w przypadku oceny modyfikacji konsoli należy analizować deklaracje co do celu modyfikacji ze strony jej twórcy czy też realne konsekwencje i skalę takiej przeróbki?

Trybunał Sprawiedliwości vs DRM

1. W odpowiedzi na pierwsze z pytań Trybunał potwierdził, że całą pewnością gra komputera w świetle dyrektyw europejskich (a które znalazły odzwierciedlenie w art. 118[1] naszego prawa autorskiego) jest przedmiotem ochrony prawa autorskiego, zarówno jako program komputerowy, jak i jej poszczególne elementy, takie jak oprawa graficzna czy ścieżka dźwiękowa. Jednocześnie TS zwrócił uwagę, iż  prawo unijne zobowiązuje krajowe prawodawstwa do stworzenia przepisów chroniących przed obchodzeniem zabezpieczeń DRM, które zostały zdefiniowane w art. 6 ust. 3 dyrektywy 2001/29 jako wszystkie technologie, urządzenia lub części składowe służące do zapobiegania czynnościom takim jak: [highlight]zwielokrotnianie, publiczne udostępnianie utworów i podawanie ich do publicznej wiadomości, a także rozpowszechnianie oryginału utworów lub ich kopii[/highlight] (czynności zostały wymienione w art. 2-4 dyrektywy).

Trybunał analizując specyfikę konstrukcji konsol i nośników zauważył, iż odpowiedź na pierwsze pytanie jest twierdząca – ochrona zabezpieczeń DRM używanych w konsolach również zdecydowanie przysługuje tym urządzeniom,  o ile celem ich jest powstrzymanie lub ograniczenie działań naruszających prawa podmiotu praw autorskich chronionych dyrektywą. Wspomniane działania wyliczono i podkreślono powyżej.

(…) pojęcie skutecznego środka technologicznego w rozumieniu art. 6 ust. 3 tej dyrektywy może obejmować środki technologiczne polegające głównie na wyposażeniu w system uwierzytelnienia nie tylko nośnika, na którym zapisany jest chroniony utwór taki jak gra wideo, tak aby chronić go przed działaniami, na które nie wyraził zgody podmiot praw autorskich, ale również urządzeń przenośnych lub konsoli służących zapewnieniu dostępu do tych gier i korzystaniu z nich.

2. Jednakże już w trakcie odpowiedzi na drugie z zadanych pytań, Trybunał zauważył:

ochrona prawna musi (…) respektować zasadę proporcjonalności i nie powinna zabraniać urządzeń lub działań, których istotne z handlowego punktu widzenia cel i wykorzystanie są inne niż ułatwienie dokonania takich czynności poprzez obejście zabezpieczenia technicznego

W związku z czym w świetle europejskiego prawa, ochrona prawna przysługuje tylko takim zabezpieczeniom DRM, których celem jest powstrzymanie lub wyeliminowanie w stosunku do utworów czynności nieautoryzowanych przez podmiot praw autorskich, czyli – raz jeszcze – zwielokrotniania, publiczne udostępniania utworów i podawania ich do publicznej wiadomości, a także rozpowszechniania oryginału utworów lub ich kopii. Proszę zwrócić uwagę – nie ma w tym gronie zastrzeżeń co do obchodzenia zabezpieczeń w celu wykorzystywania dodatkowych możliwości sprzętowych do realizacji własnych celów, jeśli nie dochodzi przy tym – w dużym uproszczeniu do rozpowszechniania treści naruszających prawo autorskie. 

Zawsze bardzo podobał mi się amerykański porządek prawny, gdzie obok twardej litery prawa było sporo miejsca dla zdrowego rozsądku. W nurt ten zdaje się wpisywać dalej Trybunał Sprawiedliwości, który sytuacje takie, jak w sporze Nintendo vs PC Box, każe rozpatrywać indywidualnie, między innymi z uwzględnieniem rzeczywistych skutków produkowanych przez PC Box modyfikacji oraz takiego, w jakim zakresie mogą się one wiązać z łamaniem praw autorskich i odpalaniem za pomocą przerobionej konsoli pirackich gier.

Sąd odsyłający może między innymi przeanalizować, jak często urządzenia spółki PC Box są faktycznie wykorzystywane w celu umożliwienia korzystania na konsolach Nintendo z nieautoryzowanych kopii gier Nintendo i gier wyprodukowanych na licencji Nintendo oraz jak często owe urządzenia są wykorzystywane do celów, które nie naruszają praw autorskich do gier Nintendo i do gier wyprodukowanych na licencji Nintendo.

Trybunał zauważył też, że „skuteczność ta nie musi być absolutna”, innymi słowy godzi się na instalowanie oprogramowania i sprzętu pomagającego w ominięciu zabezpieczeń DRM, nawet jeżeli istnieje ryzyko, że będzie się to wiązało z możliwością odpalania gier z nielegalnego źródła. Rozstrzygnięcie tej sytuacji pozostawia jednak w gestii sądów krajowych, które przeanalizują cel modyfikacji i – niezwykle istotną w opinii Trybunału – praktykę użytkowników. Poniżej pełna wersja odpowiedzi Trybunału na drugie z pytań prejudycjalnych.

Do sądu krajowego należy zweryfikowanie, czy inne środki lub środki niepodlegające zainstalowaniu na konsoli mogłyby – wciąż zapewniając porównywalny poziom ochrony praw podmiotu praw autorskich – stanowić mniejszą ingerencję w działania osób trzecich lub ustanawiać mniej ograniczeń dla owych działań. W tym celu istotne jest w szczególności uwzględnienie kosztów związanych z różnymi rodzajami środków technologicznych, aspektów technicznych i praktycznych ich wprowadzenia oraz rezultatów porównania skuteczności tych różnych rodzajów środków technologicznych w zakresie ochrony praw podmiotu praw autorskich, przy czym skuteczność ta nie musi jednak być absolutna. Do sądu krajowego należy również ustalenie celu urządzeń, produktów czy części składowych umożliwiających obejście wspomnianych środków technologicznych. W tym względzie, w zależności od okoliczności, szczególne znaczenie będzie miał dowód na to, w jaki sposób owe urządzenia, produkty czy części składowe są faktycznie używane przez osoby trzecie. Sąd krajowy może między innymi przeanalizować, jak często omawiane urządzenia, produkty lub części składowe są faktycznie wykorzystywane z naruszeniem praw autorskich oraz jak często są one wykorzystywane do celów, które nie naruszają rzeczonych praw.

Konsola vs pecet

Moja opinia w tej sprawie jest następująca: zarówno Nintendo, jak i gracze mają swoje racje.

Rozpatrując sytuację z punktu widzenia Nintendo, niezależnie czy jesteśmy zwolennikami systemów DRM czy nie, konsola jest produktem o pewnych, zweryfikowanych i ograniczonych, za to powszechnie znanych właściwościach, co w dużej mierze odróżnia ją od tradycyjnego komputera (co jednak wytknął Trybunał –  „Oceny zakresu omawianej ochrony prawnej nie można – na co wskazuje rzecznik generalna w pkt 67 swojej opinii – opierać na szczególnym przeznaczeniu konsoli zamierzonym przez podmiot praw autorskich”). Producent konsoli ma prawo zabezpieczać swoje urządzenie i predestynować ich zastosowanie wedle uznania, natomiast momentem, w którym potencjalny konsument ma prawo nie wyrazić na to zgody jest chwila, gdy decyduje czy sięgnąć po produkt na półce sklepowej. Kluczowym spostrzeżeniem w tej materii jest również stwierdzenie, iż konsola – pomimo zbliżonych właściwości technicznych – to nie komputer osobisty. To zamknięty ekosystem funkcjonujący w oparciu o licencję, którą musi zaakceptować jej użytkownik.

Być może powszechnie nieznanym, ale znamiennym faktem jest to, że producenci często sprzedają konsole poniżej lub na granicy ich rzeczywistej wartości. Pieniądze zarabiają dopiero na produkowanych przez siebie grach lub licencjach udzielanych dużym firmom na możliwość tworzenia i sprzedawania swoich produkcji w określonym środowisku. Jednocześnie należy zauważyć, iż systemy typu DRM stosowane przez Nintendo, w dość zamkniętym zresztą ekosystemie japońskiej firmy, nie charakteryzują się przesadną uciążliwością, która utrudniałaby korzystanie z produktów zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem.

Jednakże z drugiej strony, potrafię zrozumieć argumenty stron, które uważają, że kupując urządzenie, mają prawo korzystać z jego technicznych dobrodziejstw bez ograniczeń nakładanych przez ich twórcę, szczególnie jeśli chodzi o wywołanie możliwości, których pierwotny twórca nie zakładał i które nie stanowią konkurencji dla zakresu jego działalności gospodarczej. Takiemu poglądowi coraz częściej zaczyna sprzyjać ustawodawstwo, które pod wpływem praktyki coraz bardziej w ostatnich latach ewoluuje, zmieniając sposób pojmowania technologii przez prawo. Nie tak dawno temu w amerykański sąd dopuścił możliwość łamania (jailbreak) iPhone’ów jeżeli tylko nie będzie to prowadziło do instalowania w nich nielegalnego oprogramowania.

Z punktu widzenia kompromisu pomiędzy obiema stronami, wyrok Trybunału Sprawiedliwości i interpretacja dyrektyw wydaje się zrozumiała, logicznie wynikająca z przepisów, a przy tym pozostawiająca stosunkowo pole do manewru dla mediolańskiego sądu, który po wnikliwej analizie materiału dowodowego zdecyduje czy urządzenia PC Box powstały w celu naruszania praw autorskich. Gdybym miał typować… praktyka pokaże, że tak i PC Box przegra sprawę. Poczekajmy jednak na wieści z Włoch, o których na łamach TechLaw.pl na pewno poinformuję.

Fot. tytułowa: MIKI Yoshihito/Flickr  ze zmianami, CC BY

[alert type=”warning”]Jeżeli chcesz otrzymywać informacje na temat nowych porad i analiz prawnych, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz profil TechLaw.pl na Facebooku – >> Prawo Nowych Technologii <<[/alert]

Czy ostrzeżenia o cookies są konieczne?

22 marca 2013 roku był jednym z tych dni, które zmieniły Internet. W przeglądarkach masowo zaczęły pojawiać się ostrzeżenia o plikach cookies i niesfornie atakując z popularnych serwisów, blogów i portali stały się utrapieniem internautów.

Poniżej kilka odpowiedzi na ważne pytania o to czy ciasteczek należy się w ogóle obawiać, czy publikowanie związanych z nimi komunikatów na stronach www jest konieczne, a jeśli już – to w jakiej formie.

Cookies, zwane również Ciasteczkami, wbrew powszechnej opinii nie narodziły się w marcu. To wynalazek o długoletnim rodowodzie i jeden z elementów codzienności współczesnego Internetu. Tłumacząc w możliwie najbardziej przystępny sposób – pliki te są efektem komunikacji przeglądarki z serwerem, na którym znajduje się strona internetowa i zawierają dane umożliwiające witrynie identyfikację poszczególnych użytkowników. To, że portal pamięta takie dane jak login czy hasło bez konieczności ponownego ich wpisywania przy każdym przeładowaniu strony to właśnie zasługa działania cookies.

Podstawa prawna nie budzi wątpliwości

Ciasteczka stały się też złożonym systemem magazynowania (ogólnikowych, ale nawet w swojej ogólnej formie dość złożonych) danych na temat poszczególnych internautów. To doprowadziło do powszechnego wykorzystywania ich w systemach statystyk internetowych czy branży reklamowej, która zaczęła dobierać reklamy pod potencjalnego odbiorcę na bazie jego preferencji określonych na podstawie cookies właśnie. Początkowo zbawienne narzędzie personalizacji zaczęło budzić wątpliwości w obliczu coraz żywszej dyskusji dotyczącej prywatności w sieci. Sami internauci zaczęli zaś zastanawiać się ile tak naprawdę wiedzą o nich owiane aurą tajemnicy ciasteczka.

To doprowadziło do ożywionej dyskusji na gruncie Parlamentu Europejskiego, a w ostateczności wydania w 2009 roku dyrektywy, która od tego czasu wdrażana jest w poszczególnych krajach członkowskich UE. Zalecenia znalazły wyraz w ostatniej sporej nowelizacji Prawa Telekomunikacyjnego, której szerzej przyjrzymy się na łamach TechLaw.pl w najbliższej przyszłości. Bohaterem dzisiejszego wpisu jest m.in. artykuł 173 tej ustawy, który dotychczasowy model „opt-out” polegający na dorozumianej zgodzie na korzystanie z cookies zastąpił rozwiązaniem „opt-in” przez co konieczne jest uzyskanie akceptacji użytkownika.  Wspomniany przepis w czasie ostatniej nowelizacji otrzymał nowe brzmienie:

„Art. 173. 1. Przechowywanie informacji lub uzyskiwanie dostępu do informacji już przechowywanej w telekomunikacyjnym urządzeniu końcowym abonenta lub użytkownika końcowego jest dozwolone, pod warunkiem że:

1)  abonent lub użytkownik końcowy zostanie uprzednio bezpośrednio poinformowany w sposób jednoznaczny, łatwy i zrozumiały, o:

a)  celu przechowywania i uzyskiwania dostępu do tej informacji,

b)  możliwości określenia przez niego warunków przechowywania lub uzyskiwania dostępu do tej informacji za pomocą ustawień oprogramowania zainstalowanego w wykorzystywanym przez niego telekomunikacyjnym urządzeniu końcowym lub konfiguracji usługi;

2)  abonent lub użytkownik końcowy, po otrzymaniu informacji, o których mowa w pkt 1, wyrazi na to zgodę; (…)

Czy ostrzeżenia o cookies są konieczne?

Nie – ostrzeżenie powinno znajdować się na Twojej stronie tylko jeżeli wykorzystuje ona cookies. Co więcej, nie każdy rodzaj ciasteczek wymaga publikacji tego typu ostrzeżenia. Ustawa wyłącza spod tego obowiązku ciasteczka o charakterze technicznym, czyli wykorzystywane między innymi przy rejestracji kont, logowaniu albo zapisywaniu towarów w koszyku sklepu internetowego. Podstawą prawną jest art. 173 ust. 3 Prawa Telekomunikacyjnego

3. Warunków, o których mowa w ust. 1, nie stosuje się, jeżeli przechowywanie lub uzyskanie dostępu do informacji, o której mowa w ust. 1, jest konieczne do:

1) wykonania transmisji komunikatu za pośrednictwem publicznej sieci telekomunikacyjnej;

2) dostarczania usługi świadczonej drogą elektroniczną, żądanej przez abonenta lub użytkownika końcowego.

Zapoznaj się też z oświadczeniem prasowym (PDF) GIODO w tej sprawie.

Kiedy ostrzeżenia o cookies są konieczne?

Ostrzeżenie powinno pojawić się w przypadku występowania na stronie ciasteczek. Czy Twoja strona z nich korzysta? Cóż – prawdopodobnie tak, coraz trudniej o takie, które nie korzystają. Wśród „niespodziewanych” dostarczycieli ciasteczek prym wiodą zewnętrzne skrypty o charakterze analitycznym i komercyjnym.

W tym pierwszym wypadku mówimy głównie o różnej maści skryptach, szczególnie związanych ze statystykami (Google Analytics, Piwik, itd.). Uwaga – nawet jeśli sami nie instalowaliśmy ich na naszej stronie, z takich statystyk często może korzystać serwer. Wówczas skrypt nie instaluje się bezpośrednio w kodzie witryny, lecz istnieje ryzyko, że będzie korzystał z cookies.  W drugim przypadku – chodzi o ciasteczka często wykorzystywane przez reklamodawców. Jeżeli na stronie korzystamy z któregoś z systemów reklamowych, niemal pewne jest, że działa on w oparciu o ciasteczka. Niestety nie potrafię stwierdzić czy np. osadzając na stronie film z YouTube, które emitują przecież reklamy, również dochodzi do wykorzystywania plików cookies, ale teoretycznie jest taka możliwość. Z całą pewnością jednak, cookies wiążą się też ze wszystkimi próbami implementacji serwisów społecznościowych na naszej witrynie, przyciskach „lubię to”, itd.

Jak prawidłowo powinno wyglądać ostrzeżenie o cookies?

[pullquote align=”right”]”Zdecydowana większość serwisów tworzy o wiele bardziej rozległe „okienka” z informacją o cookies, niż jest to konieczne.”[/pullquote] Ustawodawca nie pokusił się o przesadną kazuistykę, przez co twórcy stron internetowych mają prawdziwą zagwozdkę. „Sposób jednoznaczny, łatwy i zrozumiały” oraz wymóg bezpośredniego powiadomienia nie instruuje w jaki sposób należy komunikować wykorzystywanie ciasteczek. W Europie i Polsce jednym z najpopularniejszych sposobów są łatwe do ukrycia skrypty pojawiające się często u góry/dołu strony. Myślę, że w tej materii tworzy nam się pewien zwyczaj, jednak jestem daleki od poglądów niektórych prawników, w opinii których jest to jedyny słuszny sposób prezentacji ostrzeżenia. Ustawodawca tego nie precyzuje, trudno zatem rozstrzygnąć czy informacja w stopce strony czy dowolnym innym miejscu nie czyni przepisom zadość w takim samym stopniu jak wyskakujące okienka. Na pewno jednak na pierwszej stronie, z którą kontakt będzie miał użytkownik (uwaga – nie zawsze jest to strona główna) powinna znaleźć się pełna treść ostrzeżenia o cookies, rozwiązanie w stylu uniwersalnego linku do podstrony „wszystko o cookies” nie będzie wystarczające.

Jest to prawdopodobnie wyraz poglądu, że czytelnik powinien się z takim ostrzeżeniem zapoznać zaraz po wejściu na stronę internetową, a wyskakująca ramka czyni to o wiele bardziej prawdopodobnym niż mały druk w stopce strony (choć również nie daje pełnej gwarancji). Osobiście przychylam się do tego rozwiązania wyłącznie ze względów praktycznych – wykorzystywana na TechLaw.pl wtyczka z informacją o cookies nie jest „nachalna”, pojawia się jednorazowo, a umieszczanie ostrzeżenia w innych miejscach witryny mogłoby zaszkodzić jej estetyce.

ciasteczka-techlaw

Pomijając kwestie natury wizualnej, ważna jest również treść informacji o ciasteczkach. Co musi ona zawierać? Zgodnie z treścią ustawy kluczowe są jedynie dwa elementy:

  • Informację o tym, że strona internetowa korzysta z plików cookies i w jakim celu to robi (reklamy, statystyki, ustawienia, itd.) – jeśli wyjaśnienie zajmie trochę miejsca, nie powinno stanowić naruszenia prawa odesłanie w formie linku do podstrony szczegółowo wyjaśniającej to zagadnienie
  • Pouczenie o tym, że użytkownik za pomocą ustawień przeglądarki internetowej może określić warunki przechowywania cookies

Ustawodawca art. 173 PT wbrew pogłoskom nie nakłada obowiązku starannego instruowania w zakresie konfiguracji przeglądarki, ani też tworzenia całej złożonej polityki prywatności. Zdecydowana większość serwisów tworzy o wiele bardziej rozległe „okienka” z informacją o cookies, niż jest to konieczne.

W świetle przepisów ustawy (art. 173 ust. 2) nie jest konieczne umieszczanie przycisku „zgadzam się”, „akceptuję”, itd. – ostrzeżenie o plikach cookies pełni bowiem charakter wyłącznie informacyjny.  Brak zmian w przeglądarce jest równoznaczny z wyrażeniem przez użytkownika zgody na wykorzystywanie ciasteczek. Takie ułatwienie to jeden z nielicznych jasnych punktów tego przepisu.

Abonent lub użytkownik końcowy może wyrazić zgodę, o której mowa w ust. 1 pkt 2, za pomocą ustawień oprogramowania zainstalowanego w wykorzystywa-nym przez niego telekomunikacyjnym urządzeniu końcowym lub konfiguracji usługi.

Jaka kara grozi za brak informacji o ciasteczkach?

Ustawodawca autorów stron internetowych niezwykle kreatywnie wrzuca do grona odpowiedzialnych, w którym zazwyczaj znajdują się włodarze gigantów telekomunikacyjnych. Nie sposób zatem kryć przerażenia w związku z potencjalnymi konsekwencjami wynikającymi z ustawy.

Zgodnie z przepisami karnymi Prawa Telekomunikacyjnego (art. 209 ust. 1, pkt. 27 i art. 210) za brak informacji o ciasteczkach karę  pieniężną w drodze decyzji nakłada Prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Uwzględniając okoliczności i możliwości finansowe ukaranego podmiotu może nałożyć karę w wysokości do 3 % przychodu ukaranego podmiotu, osiągniętego w poprzednim roku kalendarzowym. Jeżeli okres działania podmiotu jest krótszy niż rok kalendarzowy, za podstawę wymiaru kary przyjmuje się kwotę 500 000 złotych(!). W prawie brytyjskim kwota 500 000 funtów za podobne naruszenie pojawia się w charakterze górnej granicy kary, stopniowanej od 5000 funtów. Nie do końca wiem co z tym przepisem zrobi Prezes UKE.

Uwaga na oszustów

W sieci pojawiły się już liczne głosy o rozmaitych wezwaniach do zapłaty Urzędu Komunikacji Elektronicznej za brak komunikatów na temat cookies. Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji wystosowało nawet oficjalne dementi, w którym wyjaśnia, że póki co nie były prowadzone żadne działania zmuszające autorów stron do płacenia jakichkolwiek kar w kwestii problematyki niniejszego artykułu.

Zupełnie pozaprawna refleksja – warto też ignorować naciągaczy, którzy sprzedają drogie skrypty z ostrzeżeniami o cookies. Istnieje wiele doskonałych i darmowych skryptów, których wdrożenie jest bardzo proste zarówno na gotowych platformach (np. WordPress), jak i w autorskich stronach.

Co myślę o prawie dot. cookies?

Powyżej przedstawiłem możliwie wyczerpującą analizę tego nie do końca jasnego przepisu, a teraz czas na moją opinię. Prawo dotyczące cookies jest swoistym podsumowaniem ustawodawstwa Unii Europejskiej, która rozwiązując jeden problem, tworzy w jego miejscu pięć kolejnych. Podejrzewam, że nowy art. 173 PT w zdecydowanej większości będzie przepisem martwym. Czytelny sygnał w tym kierunku dało samo MAiC, które 10 miesięcy po wejściu nowelizacji w życie oficjalnie informowało, że jak dotąd wobec nikogo nie były wyciągane z tego tytułu konsekwencje (a gdyby były – przy tych kwotach kar – wyobrażacie sobie jak wielki byłby oddźwięk w mediach?). Unia Europejska zamiast edukować, zmusza do wdrażania prawa, które nie odegra żadnej istotnej roli w zakresie ostrzegania przed zagrożeniami wynikającymi z coraz śmielej poczynających sobie ciasteczek. Na dodatek prawa, które stanowi utrudnienie dla twórców stron i ich gości.

A swoją drogą informacja, że okienka ostrzegające o ciasteczkach nie powinny pojawiać się ponownie po ich zamknięciu, zapisuje się – jakżeby inaczej – w plikach cookies. Jeśli więc zdecydujemy się wyłączyć je w naszej przeglądarce, okienkom o cookies nie będzie już końca. Takie to właśnie jest to nowe, ciasteczkowe prawo w praktyce.

Fot. tytułowa: Kimberly Vaderman/Flickr  CC BY

[alert type=”warning”]Jeżeli chcesz otrzymywać informacje na temat nowych porad i analiz prawnych, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz profil TechLaw.pl na Facebooku – >> Prawo Nowych Technologii <<[/alert]