Prawo Nowych Technologii

dobra osobiste

Viewing posts tagged dobra osobiste

Ochrona wizerunku zmarłego

Ochrona wizerunku to temat wielokrotnie poruszany na łamach niniejszej strony internetowej. Wizerunek jest chroniony zarówno na gruncie prawa autorskiego, jak i kodeksu cywilnego, rozpatrywany wówczas jako rodzaj dobra osobistego. A jak wygląda to w przypadku osób zmarłych?

Read More

Uważaj kogo przypomina bohater Twojej książki – wyrok ws. Rosati vs Żuławski

Ciekawy wyrok, szczególnie dla autorów książek, wydał dziś warszawski Sąd Okręgowy w sprawie, której stronami byli: aktorka Weronika Rosati oraz reżyser Andrzej Żuławski.

Celebryci rzekomo spotykali się ze sobą przed kilkoma laty, co wzbudzało zresztą umiarkowane zainteresowanie prasy brukowej, a jakiś czas po rozstaniu reżyser opublikował książkę zatytułowaną „Nocnik”, co do której pojawiły się podejrzenia, że jest fabularyzowaną formą autobiografii autora. Jednym z jej bohaterów była również Esterka, w której media zaczęły upatrywać postać Weroniki Rosati. Bohaterka – ponoć – fikcyjna, była w wieku jej rzeczywistej odpowiedniczki, na kartach powieści miała romans z reżyserem, była również bohaterką telewizyjnych programów i tabloidów. Autor również w niewybredny sposób komentował dorobek Esterki, wskazując, że „ma rozumowanie i język ladacznicy”, a rodzice wysłali córkę do Hollywoodu, „pakując ją w ramiona producentów” (wyborcza.pl).

Różnej maści opisy i uszczypliwości w kierunku fikcyjnej Esterki doprowadziły do tego, że aktorka zaczęła w niej rozpoznawać samą siebie, masowo wytykały to zresztą plotkarskie portale, jak również recenzenci. Ostatecznie więc Weronika Rosati zdecydowała się wystąpić z pozwem wobec Andrzeja Żuławskiego i jego wydawcy w związku z naruszeniem dóbr osobistych. W 2010 roku decyzją sądu wstrzymano sprzedaż książki, a dziś zakończył się kolejny rozdział tego sporu. Niestety – Sąd nie zdecydował się na upublicznienie uzasadnienia do wyroku.

Jego postanowienia są jednak jawne. Sąd nie zdecydował się na definitywne wycofanie książki ze sprzedaży, jak również usunięcia spornych fragmentów dotyczących Esterki (łącznie 160 stron), zaś z żądanej kwoty 200 000 złotych odszkodowania, zasądzono połowę tej kwoty, do zapłaty solidarnie przez wydawcę i autora „Nocnika”. Reprezentantka procesowa powódki nie jest jednak zadowolona z tego wyroku i być może doczekamy się apelacji, przynajmniej co do części tego wyroku. Prof. Grażyna Borkowska, historyk literatury z Instytutu Badań Literackich PAN i biegła w sprawie przed rokiem mówiła o wyroku w ten sposób:

„Nocnik” jest powieścią udającą dziennik, a nie dziennikiem udającym powieść; nie można utożsamiać autora z narratorem, ani postaci z żywymi osobami (…) Narrator nie musi wypowiadać opinii autora. Gdyby tak było, setki artystów stawałoby przed sądami. Ta praktyka co najmniej od końca XIX wieku ustaje. (…) Książka jest (dop. – autora) uwikłana w rzeczywistość i fikcyjne postaci mają odniesienia do rzeczywistości”.”. (tvn24.pl)

Ostatecznie jednak Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował się potępić „Nocnik” i przychylić do postulatów powódki. Moja opinia w tej sprawie jest następująca – to dobry wyrok Sądu. Pomimo licznych obaw dotyczących cenzury prewencyjnej (Trybunał Konstytucyjny w międzyczasie trwania sprawy stwierdził, że blokowanie dystrybucji książki nie jest niezgodne z prawem, ale należy określić ramy czasowe takiej decyzji) i ograniczania wolności działalności artystycznej, jestem wielkim zwolennikiem wiary w racjonalne sądownictwo – i tym razem się nie zawiodłem.

Książka „Nocnik” wydaje się być specyficznym utworem, który w sposób niebywale precyzyjny upodabnia postać fikcyjnej Esterki do aktorki Weroniki Rosati, dokładając przy tym sporej staranności i licznych biograficznych nawiązań, by identyfikacja ta była możliwie prosta. Sytuacja, w której autor zasłania się wolnością działalności artystycznej w celu stworzenia dzieła w sposób jawny i oczywisty szkalującej inną osobę jest niedopuszczalna. Sztuka wielokrotnie udowadnia, że może więcej, ale nie jest pozycją eksterytorialną na gruncie respektowania prawa. Zmiana imienia i mało istotnych detali pozwalają podejrzewać, iż autor nie dochował staranności w związku z próbą ukrycia tożsamości postaci kryjącej się za jego bohaterką, a być może nawet – jego intencją było to, by postaci te zostały ze sobą powiązane. Trudno jest też doszukiwać się tutaj znamion szczególnie chronionej na gruncie prawa satyry.

Wyrok jest sprawiedliwy, a przy tym okoliczności jego wydania nie stwarzają zagrożenia kolejnych pozwów dopatrujących się niebezpiecznego podobieństwa Lorda Voldemorta do nielubianego polityka.

Fot. tytułowa: D. Sharon Pruitt/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Google Street View a prawo – wizerunek i dobra osobiste

Usługa Street View jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych w ofercie technologicznego giganta. Niektóre kraje stanowczo zamknęły swoje granice dla intrygująco wyglądających samochodów, a samo Google wielokrotnie dawało ku temu powody wpadkami, jak choćby wtedy, gdy Amerykanie przyłapali ich na zbieraniu przez pojazdy danych z niezabezpieczonych sieci WiFI. 

Również polskie organy, z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych na czele, wyrażały do niedawna szereg wątpliwości co do skanowania rodzimych ulic przez usługę Street View. GIODO niezwykle celnie postulowało m.in. o konieczności uprzedniego ostrzegania przez przejeżdżające samochody o możliwości znalezienia się w obrębie fotografii (niedawno na podobny pomysł wpadła Unia Europejska) czy dopisania kierowców tych samochodów do ewidencji osób przetwarzających dane osobowe. Jednym z wyrazów kompromisu pomiędzy Google, a sceptycznymi państwami stało się wyraźne zobowiązanie do „zamazania” wszelkich elementów, które mogłyby ingerować w prywatność uwiecznionych jednostek – ze szczególnym uwzględnieniem twarzy i tablic rejestracyjnych. Innym – utrzymanie kamery na określonej wysokości, tak by „nie zaglądać ludziom do ogródka”. Szereg wątpliwości społecznych dotyczących samej usługi w bardzo zręczny sposób zebrała w tym artykule Pani Kinga Matałowska.

Jednakże w mojej ocenie specyfika działania, interes publiczny oraz liczba zalet Google Street View wciąż przeważają nad potencjalnymi niedogodnościami. Nie oznacza to jednak, że wobec usługi powinniśmy być bierni, gdy pojawia się ryzyko, że narusza nasze prawa.

Naruszenie wizerunku przez GSV

Przede wszystkim samo Google zdaje sobie sprawę ze swojej niezbyt mocnej pozycji w ewentualnym sporze. Jeżeli w ramach usługi odnajdziemy zdjęcie, na którym znajduje się nasza twarz, rodzina, tablica rejestracyjna, samochód czy nawet cały dom – możemy domagać się od Google zamazania tych elementów korzystając z przycisku „zgłoś problem”. Do niedawna tego typu fotografie można było z usługi usunąć w całości, niestety obecnie ograniczono tę opcję wyłącznie do elementów nagości i przemocy.

Internauci przerzucają się w przykładach problemów, które mogą sprawiać niefortunne fotografie Google Street View. To rozmaite źródła wiedzy dla różnej maści przestępców,  pozwalają ustalić konkretną datę pobytu gdzieś określonej osoby, a kierowców (czasem nawet funkcjonariuszy publicznych) przyłapują na braku zapiętych pasów w samochodzie. Czasem zamazanie określonych elementów nie rozwiązuje problemu w stopniu dostatecznym, na dodatek może być już zbyt późno no naprawienie nieodwracalnej szkody powstałej w wyniku funkcjonowania usługi GSV.

W mojej ocenie dochodzenie swoich praw w drodze procesu cywilnego skierowanego przeciwko usłudze Google jest możliwe, jednakże od wielu czynników może być uzależnione czy decyzja Sądu okaże się dla nas przychylna. Jak głosi ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych:

Art. 81. 1. Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. (…) 2. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku: (…) 2)   osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

Zdecydowaną większość zdjęć znajdujących się w bazie Google Street View można rozpatrywać w kategorii zgromadzeń i krajobrazów. Ich intencją nie jest tworzenie fotografii konkretnych jednostek, a jedynie przestrzeni jako takiej. Co do zasady rozpowszechnianie czyjegoś wizerunku wymaga uzyskania zezwolenia (wypłata wynagrodzenia za użyczenie wizerunku pozwala domniemywać istnienie takiego zezwolenia). Wyjątkami są sytuacje, gdy mówimy o osobach publicznych lub elemencie większej całości, choć i w tej materii należy mieć pewne wątpliwości co do interpretacji tekstu ustawy. Celebryta podczas wizyty u bliskiej rodziny w szpitalu nie pełni swojej publicznej funkcji. Jeżeli organizator publikuje na swojej stronie internetowej zdjęcia z koncertu, na którym znaleźliśmy się w szerszym gronie osób – trudno tu mówić o naruszeniu wizerunku. Z drugiej strony, gdyby jakaś firma decydowała się wykorzystywać takie materiały np. w prasowej reklamie sieci komórkowej czy popularnego napoju energetycznego – trudno jest tu mówić o wyłączeniu bezprawności takiego naruszenia. Wiele więc zależy od odpowiedniego przedstawienia sytuacji. Czy fotografie Google Street View stanowią jakąś większa całość? Moim zdaniem, choć to tylko prywatna opinia, jak najbardziej tak, co więcej – trudno argumentować, by były wykorzystywane w jakimś komercyjnym celu. Google chce pokazać polskie ulice, ułatwiać podróżowanie po nieznanym. To wielki argument działania w ramach publicznego interesu.

Oznacza to też, że czasem wykonane w tym samym czasie zdjęcia, przestawiające tę samą sytuację, gdy jedno jest rozpowszechnione w ramach usługi Google Street View, a inne opublikowane na przykład na łamach serwisu humorystycznego, można interpretować zupełnie inaczej, a internauci nabijający się  z jakiegoś nieszczęśnika nie muszą cieszyć się z taką samą wyrozumiałością sędziego jak w sporej mierze zautomatyzowany proces fotografowania polskich ulic w celu stworzenia ich interaktywnej mapy. Swego rodzaju dopełnieniem powyższych rozważań jest Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 28 sierpnia 1996 r. (I ACr 341/96) głoszący, iż

o dokonaniu naruszenia dobra osobistego decyduje obiektywna ocena konkretnych okoliczności, nie zaś subiektywne odczucie osoby zainteresowanej.

Nie jestem do końca przekonany czy wyrok był słuszny w sprawie, której dotyczył, natomiast w ogólnym rozrachunku prezentuje słuszną tendencję interpretowania sytuacji naruszenia wizerunku.

Google Street View a dobra osobiste

Idąc tropem moich prywatnych przemyśleń w tej sprawie, wydaje się więc, że zarzut bezprawnego rozpowszechniania wizerunku w czysto prawnoautorskim rozumieniu w przypadku popularnej usługi byłby trudny do uargumentowania i zdecydowanie lepiej skierować się w tym wypadku w kierunku naruszenia jakże uniwersalnego, stale rosnącego katalogu dóbr osobistych, który pozostawia nam większe pole manewru, nie tylko na gruncie wizerunkowym.

Art. 23. (KC) Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach.

Pod ten zbiór można podciągać nie tylko obawę przed rozpoznaniem twarzy czy sylwetki, ale też obawę o własne życie, życie naszych bliskich, bezpieczeństwo domu, samochodu, strach przed stalkerami, naruszenie dobrego imienia, itd. Czasem można odnieść wrażenie, że katalog zagrożonych dóbr osobistych ograniczany jest tylko ludzką fantazją. Istotne jest jednak, by czyn naruszający nasze dobre osobiste był działaniem bezprawnym. Czy samochody Google Street View działają w sposób niezgodny z prawem? Nie, ale…

Pewien Francuz pozwał Google za umieszczenie w Street View fotografii, na której przyłapano go na – nazwijmy to – „nawadnianiu” ogródka. W odróżnieniu od wielu bohaterów GSV tak tłumnie prezentowanych w serwisach humorystycznych, tym razem bohater zdjęcia nie znajdował się w przestrzeni publicznej, był na swojej posesji. Również na gruncie polskiego prawa okoliczność tego rodzaju byłaby niewątpliwie sprzyjająca naszej sprawie, zaczynając już od samej Konstytucji, która szczególną opieką otacza prawo do prywatności.

Czy utrwalanie i rozpowszechnianie zdjęć, na których samochód Google Street View „przyłapał” kogoś w kompromitującej sytuacji, jednocześnie odbywało się to w okolicznościach umożliwiających łatwą identyfikację personaliów tej postaci może stanowić naruszenie dóbr osobistych? Moim zdaniem jak najbardziej tak, a to wiązałoby się z kolei z koniecznością usunięcia zdjęć z bazy serwisu, a nawet wypłaty zadośćuczynienia pokrzywdzonemu.

Z niecierpliwością czekam, aż po raz pierwszy z Google Street View – właśnie w kontekście naruszania wizerunku i innych dóbr osobistych – zmierzą się polskie sądy. Rozstrzygnięcia mogą być bardzo ciekawe, choć kluczowym aspektem mogą być zapewne okoliczności wykonanych zdjęć i konsekwencje ewentualnych naruszeń.