Prawo Nowych Technologii

google

Viewing posts tagged google

Zanim zostaniesz vlogerem – YouTube a prawo

Kariera gwiazdy serwisu YouTube okazała się niezwykle atrakcyjną perspektywą dla wielu młodych ludzi, a nawet kilku doświadczonych postaci telewizyjnych. Wizja przyzwoitych zarobków, jak również (stosunkowo) łatwa do zdobycia popularność sprawiły, że grono vlogerów i prowadzących innego typu internetowe audycje powiększa się z każdym tygodniem. Nie każdy robi to jednak w zgodzie z prawem. 

Mam nadzieję, że dla czytelników TechLaw.pl jest już oczywiste, że internet nie stanowi eksterytorialnej przestrzeni, gdzie nie obowiązują przepisy prawa. Autorzy internetowych filmów powinni liczyć się z odpowiedzialnością cywilną i karną wynikającą na przykład z naruszenia dóbr osobistych, zniesławiania, znieważania, nakłaniania do popełniania przestępstw czy składania gróźb. Polscy YouTuberzy najczęściej rozmijają się jednak z prawem autorskim. Na co powinieneś zwrócić uwagę w swojej przygodzie z serwisem Google?

Wizerunek

Niezwykle istotne jest to, byśmy posiadali zgodę osób, których wizerunek zdecydujemy się upublicznić. Mowa tu szczególnie o rozmaitych sondach ulicznych i filmikach z akcją rozgrywającą się „w terenie”. Art. 81 pr. aut. wyłącza z tego grona przechodniów, stanowiących jedynie element pewnego krajobrazu, ale w bezpośredniej rozmowie lub interakcji polegającej np. na psoceniu się ludziom na ulicy w stroju superbohatera, potrzebne będzie uzyskanie zgody na wykorzystywanie w swoim filmiku czyjegoś wizerunku. W przypadku braku takiej zgody, pewnego rodzaju rozwiązaniem będzie modulacja głosu, zamazanie twarzy i inne działania zmierzające do tego, by zidentyfikowanie występującej postaci nie było możliwe. Trzeba to jednak robić starannie i z uwzględnieniem okoliczności, gdyż Sąd Najwyższy w wyroku z dnia 27 lutego 2003 r. (IV CKN 1819/2000) orzekał:

Wystarczające jest dla stwierdzenia naruszenia prawa do wizerunku, jeśli chociaż niektórzy (np. osoby z kręgu znajomych, współpracowników) mogą wizerunek zidentyfikować. Rozpoznawalność nie musi być też utożsamiana z podaniem dokładnych danych identyfikujących osobę; wystarczy kojarzenie z określoną osobą, nawet jeśli nie będziemy w stanie podać jej imienia i nazwiska.

Zamazanie twarzy osobiste stojącej na bardzo charakterystycznym balkonie jej mieszkania może więc nie wystarczyć. Ze względów dowodowych zgodę na użycie wizerunku warto uzyskać na piśmie, na dodatek pismo powinno precyzyjnie określać przeznaczenie zbieranego materiału audiowizualnego, a w przypadku nieletnich zgodę powinni wyrazić ich prawni opiekunowie. Z drugiej strony, w mojej opinii, taka zgoda może być wyrażona także „do kamery”. W sposób precyzyjny, gdyż samo udzielanie wywiadu telewizyjnego nie może być traktowane jako dorozumiana zgoda. YouTuber powinien też pamiętać by w toku montażu zabezpieczyć tego typu oświadczenia na przyszłość. To ważne, bo to na nim będzie spoczywał obowiązek dowodowy w przypadku ewentualnego sporu.

Z obowiązku uzyskania zgody jesteśmy zwolnieni także, gdy nagrywamy osoby publiczne (jednakże będące w trakcie pełnienia swych obowiązków zawodowych, a nie w sytuacji prywatnej). Istnieje jeszcze trzecia opcja zgodnego z prawem rozpowszechnianie wizerunku bez konieczności uzyskania zezwolenia. Bohater naszego filmu musi otrzymać zapłatę, wówczas domniemywa się, że taka zgoda została wyrażona.

Więcej na temat wizerunku w kontekście prawa autorskiego i dóbr osobistych pisałem w „Google Street View a prawo – wizerunek i dobra osobiste„. Usługa od Google wprawdzie tym razem się zmienia, ale zawarte tam uwagi są adekwatne również do przypadku YouTube’a.

Prawo cytatu na YouTube

Podstawowe zasady działania prawa cytatu sformułowałem w osobnym wpisie. Dziś krótka próba dostosowania tych reguł do tworzenia materiałów w serwisie YouTube. Największy problem z prawem cytatu w polskim internecie polega na użytkownikach, którym wydaje się, że wiedzą na czym ono polega, a następnie – powołując się na nie – notorycznie dokonują naruszeń praw autorskich. Otóż prawo cytatu nie oznacza, że możemy skorzystać z cudzego filmu/muzyki/obrazu/tekstu, a następnie podając stosowne źródło, w pełni uwolnić się od ewentualnej odpowiedzialności prawnej. Zgodnie z treścią art. 29 pr. aut., a co wielokrotnie znalazło potwierdzenie w orzecznictwie,  przytaczać fragmenty utworu wolno jedynie

w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości

Dla uatrakcyjnienia filmu nie można wstawić do niego kultowych filmów czy piosenki znanej wokalistki, choć jest to popularna praktyka. Nie pomoże nawet fakt wstawienia jedynie fragmentów czy podania źródła wykorzystanego materiału. Wszystko to narusza prawa ich twórców, o ile oczywiście takie prawa istnieją, nie wygasły  czy sam produkt nie jest udostępniany na zasadach którejś z licencji pozwalających na darmowe korzystanie z multimediów. Jeśli na swoich filmach chcemy zarabiać warto się jednak upewnić, czy licencje zezwalają na komercyjny użytek utworów.

Aby cytować zgodnie z literą prawa, istotny jest cel tego cytatu. Tworzony materiał video powinien stanowić samoistną całość, natomiast przytaczane fragmenty cudzych utworów mogą być w nim jedynie omawiane. Najbardziej więc uniwersalny przykład – videorecenzja, analiza, doszukiwanie się wpadek reżysera, wspólnych akordów, itd. – zarówno filmu, jak i utworu muzycznego. Tego typu materiały mogą wyczerpywać definicję prawa cytatu, choć należy pamiętać, by wykorzystywać je z zachowaniem innych istotnych zastrzeżeń (szerzej – tutaj):

  • materiał, który tworzysz powinien być traktowany jako utwór (spokojnie, najpewniej nim jest)
  • w cytowaniu należy zachować umiar, on ma pełnić funkcję posiłkową dla naszej twórczości, a nie odwrotnie
  • pomiędzy twórczością YouTubera a przytaczanym cytatem musi istnieć jakiś merytoryczny związek
  • w sposób wyraźny należy oznaczyć, że materiał jest źródłem cytatu, tak by odbiorca nie miał co do tego wątpliwości
  • należy wskazać imię i nazwisko oraz źródło autora przywoływanego cytatu, oczywiście w przypadku filmu czy piosenki najbardziej właściwym wydaje się podanie tytułu, reżysera/wykonawcy, producenta/wytwórni
  • jeśli cytujemy – nie przerabiamy (poza drobnymi korektami technicznymi), w przeciwnym wypadku możemy narazić się na zarzut nierzetelnego wykonywania prawa cytatu

A co z wykorzystywaniem w takim razie trailerów lub fragmentów trailerów? Wszak „rozpowszechnianie filmu promocyjnego powinno leżeć w interesie producenta”. Zapewne tak, ale trailery również są utworem, a to wiąże się z ochroną prawnoautorską. Niekiedy nawet strony sieci kinowych nie mogą sobie pozwolić na umieszczanie trailerów na swoich witrynach, a niektóre serwisy walczą o to, by takie trailery mieć na wyłączność. Dlatego z takim uporem swego czasu usuwana z YouTube była na przykład zapowiedź filmu „Drogówka”. Podobnie ma się sprawa z trailerami gier.

Videorecenzja, gameplay, walkthrough

Kwestią najbardziej problematyczną z punktu widzenia prawa są właśnie gry video, a przecież dla wielu autorów na YouTube jest to istotny element działalności. W mojej ocenie w granicy prawa cytatu zdecydowanie mieści się videorecenzja gry, na którą składa się wycinek jej rozgrywki, jak również komentarz autora pozostający w bezpośrednim stosunku z opisywanym podmiotem. Więcej kontrowersji wzbudza prezentowanie gry w formie „gameplayu”, choć tak naprawdę granica między gameplayem a videorecenzją jest w praktyce bardzo nieostra.

Przeważnie videorecenzja nosi znamiona montażu, podczas gdy gameplay zachowuje pewną ciągłość rozgrywki, jednakże elementy oceny krytycznej, jak również proporcjonalnego wykorzystania pewnej części określonego utworu zostają zazwyczaj zachowane, w związku z czym w obu przypadkach w świetle polskiego prawa możemy mówić o korzystaniu z dobrodziejstwa prawa cytatu. A przynajmniej tak długo, jak autor w jakiś sposób odnosi się do wydarzeń widocznych na ekranie. Idealnym rozwiązaniem byłoby łączenie takich elementów z autorskimi wstawkami tworzącego materiały tego typu tak, by podkreślić twórczy i indywidualny charakter dzieła.

Gameplay jest jednak mocno problematyczną kwestią, amerykańskie prawo w rozdziale 106 tamtejszej ustawy o prawie autorskim odnosi się względem tej konstrukcji krytycznie, a gameplaye – w teorii – powinny być z YouTube co do zasady usuwane, choć oczywiście sami wydawcy nie składają regularnie roszczeń z tego tytułu. Być może opcja zaprezentowania swojej produkcji szerszej publiczności wydaje im się nadto kusząca, ale amerykańskie przepisy zostawiają im rozsądna furtkę na wypadek, gdyby jednak zdecydowali się dochodzić swoich praw.

Sytuację w Polsce może interpretować dwojako, w zależności od długości i sposobu wykonania. Mając w pamięci gameplaye tworzone przez polskich YouTuberów, wydaje mi się jednak, że lwią część z nich można usprawiedliwiać prawem cytatu – to są treści krótkie i wnikliwie poddawane krytycznej ocenie jak przy recenzji. Prawo cytatu to forma dozwolonego użytku, która jako jedna z nielicznych w polskim prawie znosi monopol twórcy na korzystanie z jego dzieła, w związku z czym autorzy gry nie mogą zabronić realizacji tego uprawnienia w zapisach regulaminowych/licencyjnych. Oczywiście należy pamiętać o wskazaniu tytułu, wydawcy i dochowaniu pozostałych warunków rzetelnego korzystania z art. 29 pr. aut.

Wątpliwości budzą filmy typu „walkthrough”, w którym prezentowany jest istotny lub cały proces przejścia gry. Prawdopodobnie jednak w ocenie sądu zarówno zbyt obszerny wycinek gameplayu, jak i odkrywający niemal wszystkie karty „walkthrough” mogą zostać uznane za materiały nie czyniące zadość prawu cytatu, chociażby ze względu na rozmiar treściowy prezentowanych materiałów. Ponieważ prawo cytatu obejmuje też kwestię „wyjaśnienia”, praw autorskich nie powinny natomiast naruszać krótkie poradniki do gier pokazujące jak przejść np. dany etap.

Odpowiedzi na wątpliwości dotyczące nagrywania materiałów z gier można szukać w ich licencji. Niektórzy producenci zezwalają na takie praktyki, a jednym z najbardziej powszechnych przykładów jest popularny Minecraft – być może w związku z tym właśnie faktem gra ta niemalże podbiła YouTube’a. W sieci można natrafić wartą uwagi listę wydawców wraz z podsumowanym ich stosunkiem do nagrywania materiałów video – zachęcam do zapoznania się (alternatywna lista). [pullquote align=”right”]W Polsce brakuje orzecznictwa i przepisów, które pozwalałyby na niebudzącą wątpliwości klasyfikację gry komputerowej[/pullquote]Powszechną praktyką jest umieszczanie przez wydawców (np. EA) informacji kontaktowych, dzięki którym możliwe będzie uzyskanie zgody na nagrywanie bezpośrednio od firmy po szczegółowym określeniu celu, zakresu, a nawet widowni nagrania. Tutaj też pragnę zauważyć, że wątpliwości niektórych koncernów mogą być uzasadnione, wszak gra video w rękach niekompetentnego gracza o – dodatkowo – bardzo słabej konfiguracji komputera, może stanowić swoistą antyreklamę ich produktów.

Wracając do Polski – brak nam rzetelnego orzecznictwa czy przepisów, które pozwalałyby na odpowiednią klasyfikację gry komputerowej (wciąż żywy jest spór czy to program komputerowy, utwór audio-wizualny czy może jedno i drugie), a co dopiero tak szczegółowych kwestii jak udostępnianie części zabawy w serwisach typu YouTube. Programy komputerowe podlegają osobnemu rygorowi prawnemu na gruncie ustawy, tam zostaje ograniczony użytek osobisty. Z drugiej strony – nie sposób zauważyć, że rozpowszechnienie gameplayu bądź videorecenzja skupiają się niemal wyłącznie – jak w przypadku filmu – na jego audiowizualnym zakresie. Podkreślę raz jeszcze – w mojej ocenie – zarówno videorecenzja, antologia (np. jakiejś serii gier), krótka solucja, ranking, zestawienie, jak i zrealizowany z umiarem gameplay wzbogacony o elementy krytycznej analizy, mieszczą się w granicy cytatu i nie łamią polskiego prawa.

Sam YouTube z częścią wydawców (i przy zdecydowanym sprzeciwie innej części) pracuje właśnie intensywnie nad zmianami w systemie zarabiania na filmach zawierających elementy pochodzące z gier komputerowych. Już teraz zarabianie na tego typu produkcjach jest utrudnione, natomiast w plotkach mów się, że wszystkie treści zawierające materiały z rozgrywki będą delegowały całe lub część wynagrodzenia reklamowego na rzecz posiadających do nich prawa, co – szczególnie w przypadku pierwszego wariantu – spotkało się z bardzo stanowczym sprzeciwem społeczności.

I inne wątpliwości

Ochronie podlegają też materiały innych vlogerów, YouTuberów, jak również Wasze… własne. Pamiętajcie o tym, bo ta wiedza może być kiedyś przydatna. W zakresie prawa cytatu może natomiast mieścić się parodiowanie innych osób, oczywiście z zachowaniem wszelkich warunków wyliczonych powyżej. Rozmaite przeróbki cudzych utworów to już z kolei inne zagadnienie prawne, to wynikające z treści art. 2 prawa autorskiego opracowanie, na którego wykonanie musimy uzyskać zgodę autora pierwotnej treści.

Czasem podnosi się, że o istnieniu praw autorskich np. do serialu telewizyjnego decyduje logo stacji. Jest to oczywiście nieprawda, takie logo ułatwia identyfikację podmiotu posiadającego prawa, jak również przyspiesza procedurę, ale zamazywanie, ukrywanie i inne praktyki tego typu nie sprawiają, że nasze działanie jest przez to mniej bezprawne, a właściciel stosownych praw nadal może dążyć do egzekwowania należnej mu ochrony. Wiem, że szczególnie boli to koneserów serialu Miodowe Lata, który od lat jest przedmiotem walki YouTuberów z posiadaczem praw, a on sam niestety nie zawarł ponoć w gronie dopuszczalnych pól eksploatacji Internetu i nie może opublikować serialu legalnie w swojej usłudze ipla. Wielka strata!

Należy też pamiętać, że nie tylko w drodze dozwolonego użytku wynikającego z prawa cytatu lub używania treści nieobjętych ochroną majątkowych praw autorskich możemy wzbogacić nasze treści o atrakcyjne efekty pracy profesjonalistów. Możemy również porozumieć się z twórcą pierwotnego utworu (a częściej – z organizacją zbiorowego zarządzania typu ZAiKS, ZPAV) i uzyskać/wykupić zgodę na korzystanie z pewnych treści. Będziemy działać wówczas w zgodzie z polskim porządkiem prawnym, choć należy mieć na uwadze, że władzę w tej części internetu sprawuje przede wszystkim złowieszcza…

Korporacja YouTube

Serwis YouTube i jego właściciel – Google – momentami działają jak korporacje z futurystycznych książek czy filmów. Zdecydowana większość operacji wykonywana jest przez rozmaite roboty, które w oparciu o z góry zaprogramowane skrypty dokonują analizy publikowanych materiałów pod kątem rozmaitych naruszeń. Co ciekawe, skrypt może zablokować nawet film prywatny, wgrany tylko na potrzeby jednego użytkownika (np. jako backup), co zresztą kłóci się nieco z definicją rozpowszechnienia utworu. Notoryczną praktyką stało się już blokowanie filmów z prywatnych uroczystości, bo przez kilka sekund w odległym radiu można było usłyszeć fragment piosenki znanej artystki.

YouTube nie miał inne wyjścia, a zadowoleni użytkownicy oglądający każdego dnia dziesiątki filmów w jego zakresie zapewne to rozumieją. Usługa musiała porozumieć się z wydawcami muzyki, filmów, gier, stacjami telewizyjnymi i zagwarantować im możliwie jak najszerszą ochronę prawną, często działającą w ramach prewencji. Wszystko sprowadza się do amerykańskiej ustawy DMCA (Digital Millenium Copyright Act) i konstrukcji notice and takedown, która znalazła zresztą odzwierciedlenie w prawie europejskim, a nawet polskiej ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną (za jakiś czas poświęcę jej swoją uwagę bo to bardzo ważna sprawa z punktu widzenia prawa w internecie).

naruszenie praw autorskich na youtube

Widok z serwisu YouTube

Notice and takedown pozwala serwisom takim jak YouTube uwolnić się od odpowiedzialności prawnej za rozpowszechnianie treści, jeśli tylko niezwłocznie usunie materiał naruszający prawo po otrzymaniu takiego zgłoszenia. Oczywiście nie znaczy to zarazem, że od odpowiedzialności wolny jest użytkownik, który dokonał naruszenia i pomimo skasowania treści, wciąż można spodziewać się roszczeń ze strony wydawcy. Z drugiej strony – są to sytuacje niemalże niespotykane, choć podejrzewam, że w przyszłości może się to zmienić, szczególnie w przypadku niezwykle upartych użytkowników, notorycznie wgrywających na swój kanał cudze treści.

Usunięcie to jedna z wielu możliwości, na jakie decyduje się YouTube we współpracy z wydawcami, kierując się dość… wybiórczą sprawiedliwością, przez co trudno czasem winić mniej świadomych użytkowników, którzy notorycznie są świadkami rozmijającej się teorii i praktyki respektowania prawa w samej witrynie. Co więcej – do niedawna najbardziej popularni vlogerzy skupieni wokół dużych sieci wydawniczych (w Polsce jest ich kilka, jedna z nich należy np. do grupy Agora i na swojej stronie chwali się współpracą np. z CeZikiem) mogli liczyć na „przymykanie oka” w kontekście naruszania praw autorskich. W ostatnim czasie  tego typu podejście wywołało jednak w Stanach Zjednoczonych małe kontrowersje. Czasem materiały naruszające prawo autorskie zostają w serwisie, a sama usługa jedynie deleguje przychody z wyświetlanych obok nich reklam na konto pokrzywdzonej spółki, czasem materiały takie przez lata wyświetlane są zupełnie bezkarnie, ponieważ nikt nie składa z ich powodu roszczeń, a czasem ich zakres zostaje jedynie ograniczony terytorialnie.

Na szczęście serwis często stara się doprowadzić do konfrontacji w ramach opcji „sporu” w przypadku naruszenia praw autorskich, w których możemy wyjaśnić okoliczności naruszenia kwestionowanego materiału – w gronie tych opcji znajduje się m.in. prawo cytatu, jak również posiadanie stosownej licencji od organizacji zbiorowego zarządzania.
yutube a prawo

Bywa tak, że YouTube uznaje nasze argumenty, ale użytkownicy często narzekają, że czasem pomimo działania zgodnie z prawem, ich treści i tak są blokowane/kasowane.

Pozwać YouTube?

A co z sytuacją, gdy prawo było po naszej stronie, a mimo to serwis usunął film w wyniku prawnoautorskich roszczeń? To nie YouTube działający w ramach amerykańskiego lub europejskiego prawa będzie adresatem ewentualnego roszczenia, tylko wydawca, który zlecił takie działanie. Byłem świadkiem sytuacji, w których polski muzyk pozywał autorów filmów wrzucanych na łamy serwisu Google. Nie miałem jeszcze okazji spotkać się z odwrotną sytuacją, w której pokrzywdzony użytkownik dochodziłby sprawiedliwości walcząc z posiadaczem praw autorskich, który niesłusznie zakwestionował i doprowadził do usunięcia jego treści. Za granicą pewnym echem odbiła się oparta na podobnym stanie prawnym sprawa Lessig v. Liberation Music, a dodatkowej pikanterii dodawał fakt, iż prof. Lawrenca Lessig to ojciec organizacji Creative Commons i znany krytyk prawa autorskiego. Zapewne powrócę do niej na łamach TechLaw.pl, gdy tylko doczekamy się wyroku.

O czym warto pamiętać na YouTube?

Na sam koniec warto pamiętać o tym, że nawet jeżeli YouTube nie kasuje filmu, nie oznacza to jeszcze braku odpowiedzialności z jego powodu przed polskim sądem. Serwis stosuje swoje procedury, które w oparciu o zapisy DMCA, formułę notice & takedown i zagraniczne prawo autorskie, możliwie szybko pozwala jemu samemu uniknąć odpowiedzialności cywilnej za rozpowszechnianie i hostowanie treści naruszających prawo. Ktoś mógłby nawet zaryzykować stwierdzenie, że mechanizmy kasujące naruszające treści wyświadczają użytkownikom przysługę pozwalając uniknąć nieprzyjemnych konsekwencji prawnych, choć – jak zostało podniesione – samo usunięcie nie gwarantuje braku odpowiedzialności prawnej. Mam nadzieję, że dzięki powyższym poradom stworzycie wiele ciekawych, wartościowych treści, które możliwie skutecznie będą unikały naruszania prawa. Powodzenia!

 Fot. tytułowa: Anthony Ryan/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Google sprzedało Motorolę Lenovo, zachowa sobie tylko patenty

Nieoczekiwane wieści dotarły do nas zza oceanu. Bardzo solidny, choć czasem jeszcze niedoceniany producent laptopów odkupi od Google firmę Motorola, legendę amerykańskiego rynku mobilnego. A przecież marka pozostawała w rękach giganta tylko przez kilkanaście miesięcy.

Trudno winić zaskoczonych okolicznościami tej transakcji. Wydawało się, że producent Androida chce mieć w swoim katalogu potężną markę kojarzącą się z mobilnościami. Wypuszczono nawet pierwsze modele będące wynikiem tej niezwykle bliskiej, rodzinnej współpracy na linii Google-Motorola, choć gwoli sprawiedliwości – wszyscy spodziewali się, że prawdziwie atrakcyjne owoce tego mariażu dopiero nadejdą, sama zaś Motorola stanie się takim wielopłaszczyznowym, faworyzowanym przez Google „Nexusem” i zacznie poważnie rywalizować na rynku androidowych liderów z Samsungiem.

Kiedy w 2011 roku Google płaciło 12,5 miliarda dolarów za Motorolę, nikt nie spodziewał się, że niecałe trzy lata później odsprzeda firmę za skromne 2,9 miliarda – do tego na raty i część tej kwoty otrzymując w akcjach. Tylko nieliczni sceptycy sugerowali, że technologiczny gigant wcale nie planuje koncernowi produkującemu telefony przywracać dawnej świetności, a jedynie łasi się na ich dorobek patentowy.

I rzeczywiście – w tym tkwi główny kruczek niskiej ceny, w jakiej Google sprzedaje Motorolę Lenovo. Zostawia sobie lwią część patentów, choć Lenovo dostanie ich i tak ponad 2000, do tego prawo do posługiwania się marką i znakiem towarowym. O patentowych bojach amerykańskich gigantów przed kilkoma dniami miałem okazję wypowiedzieć się w rozmowie z Bartoszem Dulem przeprowadzonej przy okazji premiery TechLaw.pl.

Aktualizacja: Okazało się, że Google postanowiło zostawić sobie, a następnie wcielić do ekipy odpowiedzialnej za rozwój Androida, również jeden ze specjalnych zespołów działających dotychczas w ramach Motoroli – grupę tzw. „Zaawansowanych Technologii”. Zdolni pracownicy pod nowymi skrzydłami dalej będą pracowali nad projektami, których ideą jest… wyprzedzanie swojej epoki i obecnych trendów. Już wcześniej o ich pomysłach mogliśmy usłyszeć przy okazji prezentacji projektu Motorola – Project Ara, który polega na tym, że użytkownik sam mógłby złożyć wymarzony smartfon z takich komponentów, które wydałyby mu się szczególnie istotne.

[column size=”one-half”]project ara[/column][column size=”one-half” last=”true”]project ara[/column]

Patentowe wojny

Najwyraźniej byliśmy świadkami sytuacji, jakich w przyszłości będzie jeszcze wiele. Jedna firma wykupiła drugą, o równie znakomitej tradycji, jednak nie względy biznesowe, marketing czy sentyment były głównym powodem takiego działania, tylko własność intelektualna. Z każdym kolejnym kwartałem Motorola przynosiła coraz większe, liczone już w setkach milionów dolarów straty. Google nie miało pomysłu na nowy nabytek, a obecnie zastanawiam się czy w ogóle planowało mieć, wzięło co cenne, a markę podało dalej. Chińczykom. Za niecałe 3 miliardy dolarów, czyli tyle warta jest dziś jedna z najstarszych firm telekomunikacyjnych świata, duma Stanów Zjednoczonych. Analitycy zaś już teraz zastanawiają się ile kolejnych wykupionych przez giganta firm skończy w podobny, patentowo-przedmiotowy sposób.

Z drugiej strony, jeśli Motorola (a raczej jej pozostałości) miała trafić w jakieś ręce i wciąż rokować nadzieje, to Lenovo było zdecydowanie najbardziej odpowiednią ekipą fachowców. Już od jakiegoś czasu poważnie szukali spółki, która poszerzy ich segment smatfonowy, poważnie rozważali zakup BlackBerry. Po tym jak w 2005 roku przejęli pecetowy segment IBM, w ciągu kilku lat stali się największym dostarczycielem komputerów osobistych na świecie, w 2013 roku finalnie wyprzedzając HP.

Ps. Kilka minut po publikacji wpisu Google oficjalnie potwierdziło transakcję i jej warunki.

Fot. tytułowa: Anderson N. Leonardo/Flickr  ze zmianami, CC BY
Fot. Project Ara: Motorola

[alert type=”warning”]Jeżeli chcesz otrzymywać informacje na temat nowych porad i analiz prawnych, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz profil TechLaw.pl na Facebooku – >> Prawo Nowych Technologii <<[/alert]

Rekord Google w walce z piractwem w 2013 roku

Google kasuje na potęgę, ale duża w tym zasługa także samych użytkowników, którzy zgłaszają się do przeglądarki z roszczeniem o usunięcie określonych treści z wyników wyszukiwania ze względu na naruszanie ich praw autorskich.

W 2013 roku wyszukiwarka pobiła swój rekord, otrzymując 235 milionów zgłoszeń i kasując zdecydowaną większość z opisanych w nich materiałów. W roku 2012 takich zgłoszeń było zaledwie 50 milionów, a w 2011 – 10 milionów.

Niewątpliwie więc świadomość wydawców w tej materii wzrasta, a być może również wiedza o uprawnieniach twórców  wynikających z przepisów prawa. W oparciu o ustawę Digital Millennium Copyright Act (DMCA) w ramach procedury notice & takedown zdecydowany prym w zgłoszeniach wiodły zagraniczne organizacje muzyczne zajmujące się zbiorowym reprezentowaniem twórców muzyki (BPI i RIAA), nie brakło jednak również bogatej reprezentacji producentów utworów audiowizualnych  (FOX, Twentieth Century) czy oprogramowania (Microsoft).

Spośród wszystkich zgłoszeń w minionym roku, Google jedynie 9% z nich uznało za niezasadne. Twórcy wyszukiwarki wyjaśniali, że wciąż starają się, by wyszukiwarka w inteligentny sposób ignorowała nielegalne treści, a procedura usuwania ewentualnych była możliwie szybka i przystępna. Organizacje typu RIAA naciskają jednak na twórców przeglądarki, że te starania to za mało, a dobrym krokiem ku zabezpieczeniu praw twórców byłoby prewencyjne banowanie całych domen, które słyną z pośredniczenia w rozpowszechnianiu pirackich treści.

Fot. tytułowa: Robert Scoble/Flickr ze zmianami, CC BY

Google Street View a prawo – wizerunek i dobra osobiste

Usługa Street View jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych w ofercie technologicznego giganta. Niektóre kraje stanowczo zamknęły swoje granice dla intrygująco wyglądających samochodów, a samo Google wielokrotnie dawało ku temu powody wpadkami, jak choćby wtedy, gdy Amerykanie przyłapali ich na zbieraniu przez pojazdy danych z niezabezpieczonych sieci WiFI. 

Również polskie organy, z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych na czele, wyrażały do niedawna szereg wątpliwości co do skanowania rodzimych ulic przez usługę Street View. GIODO niezwykle celnie postulowało m.in. o konieczności uprzedniego ostrzegania przez przejeżdżające samochody o możliwości znalezienia się w obrębie fotografii (niedawno na podobny pomysł wpadła Unia Europejska) czy dopisania kierowców tych samochodów do ewidencji osób przetwarzających dane osobowe. Jednym z wyrazów kompromisu pomiędzy Google, a sceptycznymi państwami stało się wyraźne zobowiązanie do „zamazania” wszelkich elementów, które mogłyby ingerować w prywatność uwiecznionych jednostek – ze szczególnym uwzględnieniem twarzy i tablic rejestracyjnych. Innym – utrzymanie kamery na określonej wysokości, tak by „nie zaglądać ludziom do ogródka”. Szereg wątpliwości społecznych dotyczących samej usługi w bardzo zręczny sposób zebrała w tym artykule Pani Kinga Matałowska.

Jednakże w mojej ocenie specyfika działania, interes publiczny oraz liczba zalet Google Street View wciąż przeważają nad potencjalnymi niedogodnościami. Nie oznacza to jednak, że wobec usługi powinniśmy być bierni, gdy pojawia się ryzyko, że narusza nasze prawa.

Naruszenie wizerunku przez GSV

Przede wszystkim samo Google zdaje sobie sprawę ze swojej niezbyt mocnej pozycji w ewentualnym sporze. Jeżeli w ramach usługi odnajdziemy zdjęcie, na którym znajduje się nasza twarz, rodzina, tablica rejestracyjna, samochód czy nawet cały dom – możemy domagać się od Google zamazania tych elementów korzystając z przycisku „zgłoś problem”. Do niedawna tego typu fotografie można było z usługi usunąć w całości, niestety obecnie ograniczono tę opcję wyłącznie do elementów nagości i przemocy.

Internauci przerzucają się w przykładach problemów, które mogą sprawiać niefortunne fotografie Google Street View. To rozmaite źródła wiedzy dla różnej maści przestępców,  pozwalają ustalić konkretną datę pobytu gdzieś określonej osoby, a kierowców (czasem nawet funkcjonariuszy publicznych) przyłapują na braku zapiętych pasów w samochodzie. Czasem zamazanie określonych elementów nie rozwiązuje problemu w stopniu dostatecznym, na dodatek może być już zbyt późno no naprawienie nieodwracalnej szkody powstałej w wyniku funkcjonowania usługi GSV.

W mojej ocenie dochodzenie swoich praw w drodze procesu cywilnego skierowanego przeciwko usłudze Google jest możliwe, jednakże od wielu czynników może być uzależnione czy decyzja Sądu okaże się dla nas przychylna. Jak głosi ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych:

Art. 81. 1. Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. (…) 2. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku: (…) 2)   osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

Zdecydowaną większość zdjęć znajdujących się w bazie Google Street View można rozpatrywać w kategorii zgromadzeń i krajobrazów. Ich intencją nie jest tworzenie fotografii konkretnych jednostek, a jedynie przestrzeni jako takiej. Co do zasady rozpowszechnianie czyjegoś wizerunku wymaga uzyskania zezwolenia (wypłata wynagrodzenia za użyczenie wizerunku pozwala domniemywać istnienie takiego zezwolenia). Wyjątkami są sytuacje, gdy mówimy o osobach publicznych lub elemencie większej całości, choć i w tej materii należy mieć pewne wątpliwości co do interpretacji tekstu ustawy. Celebryta podczas wizyty u bliskiej rodziny w szpitalu nie pełni swojej publicznej funkcji. Jeżeli organizator publikuje na swojej stronie internetowej zdjęcia z koncertu, na którym znaleźliśmy się w szerszym gronie osób – trudno tu mówić o naruszeniu wizerunku. Z drugiej strony, gdyby jakaś firma decydowała się wykorzystywać takie materiały np. w prasowej reklamie sieci komórkowej czy popularnego napoju energetycznego – trudno jest tu mówić o wyłączeniu bezprawności takiego naruszenia. Wiele więc zależy od odpowiedniego przedstawienia sytuacji. Czy fotografie Google Street View stanowią jakąś większa całość? Moim zdaniem, choć to tylko prywatna opinia, jak najbardziej tak, co więcej – trudno argumentować, by były wykorzystywane w jakimś komercyjnym celu. Google chce pokazać polskie ulice, ułatwiać podróżowanie po nieznanym. To wielki argument działania w ramach publicznego interesu.

Oznacza to też, że czasem wykonane w tym samym czasie zdjęcia, przestawiające tę samą sytuację, gdy jedno jest rozpowszechnione w ramach usługi Google Street View, a inne opublikowane na przykład na łamach serwisu humorystycznego, można interpretować zupełnie inaczej, a internauci nabijający się  z jakiegoś nieszczęśnika nie muszą cieszyć się z taką samą wyrozumiałością sędziego jak w sporej mierze zautomatyzowany proces fotografowania polskich ulic w celu stworzenia ich interaktywnej mapy. Swego rodzaju dopełnieniem powyższych rozważań jest Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 28 sierpnia 1996 r. (I ACr 341/96) głoszący, iż

o dokonaniu naruszenia dobra osobistego decyduje obiektywna ocena konkretnych okoliczności, nie zaś subiektywne odczucie osoby zainteresowanej.

Nie jestem do końca przekonany czy wyrok był słuszny w sprawie, której dotyczył, natomiast w ogólnym rozrachunku prezentuje słuszną tendencję interpretowania sytuacji naruszenia wizerunku.

Google Street View a dobra osobiste

Idąc tropem moich prywatnych przemyśleń w tej sprawie, wydaje się więc, że zarzut bezprawnego rozpowszechniania wizerunku w czysto prawnoautorskim rozumieniu w przypadku popularnej usługi byłby trudny do uargumentowania i zdecydowanie lepiej skierować się w tym wypadku w kierunku naruszenia jakże uniwersalnego, stale rosnącego katalogu dóbr osobistych, który pozostawia nam większe pole manewru, nie tylko na gruncie wizerunkowym.

Art. 23. (KC) Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach.

Pod ten zbiór można podciągać nie tylko obawę przed rozpoznaniem twarzy czy sylwetki, ale też obawę o własne życie, życie naszych bliskich, bezpieczeństwo domu, samochodu, strach przed stalkerami, naruszenie dobrego imienia, itd. Czasem można odnieść wrażenie, że katalog zagrożonych dóbr osobistych ograniczany jest tylko ludzką fantazją. Istotne jest jednak, by czyn naruszający nasze dobre osobiste był działaniem bezprawnym. Czy samochody Google Street View działają w sposób niezgodny z prawem? Nie, ale…

Pewien Francuz pozwał Google za umieszczenie w Street View fotografii, na której przyłapano go na – nazwijmy to – „nawadnianiu” ogródka. W odróżnieniu od wielu bohaterów GSV tak tłumnie prezentowanych w serwisach humorystycznych, tym razem bohater zdjęcia nie znajdował się w przestrzeni publicznej, był na swojej posesji. Również na gruncie polskiego prawa okoliczność tego rodzaju byłaby niewątpliwie sprzyjająca naszej sprawie, zaczynając już od samej Konstytucji, która szczególną opieką otacza prawo do prywatności.

Czy utrwalanie i rozpowszechnianie zdjęć, na których samochód Google Street View „przyłapał” kogoś w kompromitującej sytuacji, jednocześnie odbywało się to w okolicznościach umożliwiających łatwą identyfikację personaliów tej postaci może stanowić naruszenie dóbr osobistych? Moim zdaniem jak najbardziej tak, a to wiązałoby się z kolei z koniecznością usunięcia zdjęć z bazy serwisu, a nawet wypłaty zadośćuczynienia pokrzywdzonemu.

Z niecierpliwością czekam, aż po raz pierwszy z Google Street View – właśnie w kontekście naruszania wizerunku i innych dóbr osobistych – zmierzą się polskie sądy. Rozstrzygnięcia mogą być bardzo ciekawe, choć kluczowym aspektem mogą być zapewne okoliczności wykonanych zdjęć i konsekwencje ewentualnych naruszeń.