Prawo Nowych Technologii

linking

Viewing posts tagged linking

„Google Tax” przegłosowany w Hiszpanii, agregatory zapłacą za linkowanie

Wiosną tego roku TSUE wydał orzeczenie w sprawie Svensson, zgodnie z którym linkowanie do już rozpowszechnionych legalnie treści nie narusza prawa autorskiego. Kilka dni temu ukazało się orzeczenie w sprawie Best Water (wciąż czekam na uzasadnienie, by je omówić), które nie ma nic do zarzucenia nawet linkom do treści rozpowszechnianych bezprawnie. A tymczasem Hiszpanie są zupełnie w odwrocie do tych koncepcji.

Read More

Wyrok Trybunału Sprawiedliwości o linkach – postęp, ale nie rewolucja

Wczoraj rano na łamach Techlaw pisałem o kolejnym orzeczeniu polskiego sądu w sprawie linkowania i problemów związanych z tym tematem. Tymczasem w międzyczasie pojawił się istotny w tej kwestii wyrok Trybunału Sprawiedliwości UE, na co zwróciła uwagę ekipa bloga IP w sieci

Wyrok w języku polskim można przeczytać na łamach Techlaw, a poniżej krótkie jego omówienie. Istotne jest jednak podkreślenie, że wyrok odnosi się bezpośrednio do dyrektyw związanych z ochroną własności intelektualnej, w związku z czym należy go rozpatrywać pod kątem naruszenia prawa autorskiego w wyniku linkowania (lub embedowania, o czym wspominałem przy sprawie Kinomaniaka). Przynajmniej na tę chwilę, teoretycznie nie ma więc bezpośredniej relacji między nim, a wczorajszymi doniesieniami o hiperłączach w zw. z naruszeniem dóbr osobistych.

Niedźwiedzia przysługa?

W sprawie, która znalazła się przed TS, jedna ze szwedzkich stron internetowych zarzucała drugiej, że… linkuje do ich treści. Czy twórca strony internetowej mógłby marzyć o czymkolwiek innym? A jednak, nie spodobało się to autorom witryny, do której prowadziły odnośniki. Uznali, że praktyka ta może sprawiać wrażenie, jak gdyby treści te należały do strony odsyłającej. Powodowie prezentowali swoje racje, podpierając się przy tym bardzo odważnymi argumentami, gdyż podążając za przyjętą przez nich logiką, można by było pozywać nawet czytniki RSS.

powodowie w postępowaniu głównym podnieśli m.in., że Retriever Sverige naruszyła ich wyłączne prawo do podawania swych utworów do publicznej wiadomości

Pozwani odpowiadali:

Odpierając zarzuty Retriever Sverige twierdzi, że udostępnienie listy linków do dzieł publicznie udostępnionych na innych stronach internetowych nie stanowi działania mogącego naruszyć prawa autorskie. Retriever Sverige podnosi również, że nie dokonała żadnej transmisji chronionego utworu, a jej działanie ograniczało się do wskazania swoim klientom stron internetowych, na których znajdowały się interesujące ich utwory.

Szwedzki sąd zrobił to, co rozsądne polskie sądy już dawno w kwestii linkowania powinny zrobić i zwrócił się do Trybunału Sprawiedliwości z pytaniami prejudycjalnymi.

To ważny wyrok, ale wiele nie zmienia

Dokonując szczegółowej analizy stanu faktycznego, Trybunał Sprawiedliwości bazując na swoich poprzednich wyrokach i wnikliwej analizie artykułu 3 ust. 1 Dyrektywy 2001/29/WE przedstawił kilka interesujących wniosków związanych z interpretacją przepisów na temat linkingu.

Należy stwierdzić, że udostępnienie odnośnych utworów za pośrednictwem linku, na który można kliknąć, takiego jak w postępowaniu głównym, nie prowadzi do udostępnienia odnośnych utworów nowej publiczności.

Publicznością, do której skierowane było bowiem pierwotne udostępnienie, byli wszyscy potencjalni odbiorcy danej strony, ponieważ – jako że dostęp do utworów na tej stronie nie był poddany żadnym ograniczeniom – wszyscy internauci mogli więc mieć do niego wolny dostęp. (…)

Wszyscy użytkownicy innej strony, na której sporne utwory były udostępniane za pośrednictwem linków, na które można kliknąć, mogli bezpośrednio dotrzeć do tych utworów na stronie, na której były one pierwotnie udostępnione, bez potrzeby aktywnego udziału podmiotu zarządzającego tej innej strony internetowej, użytkowników strony administrowanej przez tego ostatniego należy uważać za potencjalnych odbiorców pierwotnego udostępnienia i w związku z tym za część publiczności wziętej pod uwagę przez podmioty prawa autorskiego, gdy udzieliły one zezwolenia na pierwotne udostępnienie.

Bardzo rozsądna logika Trybunału zauważa, że treść opublikowana w sieci na ogólnodostępnym portalu staje się dziełem o charakterze publicznym. Jeśli link prowadzi do powszechnie dostępnej treści, to trudno jest to poczytywać jako naruszenie prawa, ponieważ siłą rzeczy nie dystrybuuje go nowej publiczności, która nie mogła zapoznać się z nim wcześniej we własnym zakresie.

Pewne wątpliwości mam jedynie względem kolejnego zastrzeżenia Trybunału, który bagatelizuje sytuację, w której „internauci klikają na sporny link i ukazuje się utwór stwarzając wrażenie, że jest wyświetlany ze strony, na której znajduje się ten link, podczas gdy utwór ten pochodzi w rzeczywistości z innej strony„. Nie do końca wiadomo o jakiej sytuacji mowa, czy u góry strony pojawia się po prostu ramka strony odsyłającej, a na dole treść docelowej (takie praktyki stosują często agregatory linków, np. popularny Wykop.pl) czy też ktoś na przykład w ordynarny sposób pobiera sobie na swoją witrynę tylko część zawartości innej w ramach ramek, wprowadzając przy tym istotnie w błąd co do tego, która witryna serwuje dane treści. Zakładam, że rozsądny Trybunał odnosi się jednak do pierwszej sytuacji, bo w przypadku tej drugiej moglibyśmy nie tylko doszukiwać się (w mojej ocenie) naruszania praw autorskich, ale i znamion nieuczciwej konkurencji. To tak zwany framing, zagadnienie prawu jeszcze bardziej obce i niezbadane niż, jakkolwiek trudno w to uwierzyć, linkowanie.

Piratom ten wyrok nie pomoże

Spod tego grona dozwolonego linkowania orzeczenie wyłącza jednak sytuacje, w których hiperłącze prowadzi do treści, które nie są publicznie dostępne dla czytelników portalu docelowego. Prawdopodobnie ma tu na myśli różnego rodzaju treści premium dla czytelników abonamentowych, jak choćby coraz popularniejszą praktykę chowania zawartości za „Paywallem”, którą chętnie stosują serwisy internetowe, od jakiegoś czasu np. Rzeczpospolita, a od niedawna Wyborcza.pl. Jest to kolejne słuszne spostrzeżenie Trybunału i dobrze, że znalazło się w tym wyroku.

Pamiętacie może sprawę polityka, który na Facebooka wrzucił piosenkę rapera o pseudonimie Doniu, a ta – jak się okazało – na YouTubie znalazła się w sposób bezprawny? Polityk przegrał wówczas w sądzie i musiał płacić odszkodowanie muzykowi z tytułu naruszenia praw autorskich. Gdzieniegdzie pojawiają się głosy, że dzięki nowemu wyrokowi ten polityk, jak również piraci z for linkujących np. do RapidShare i innych usług tego typu mogą czuć się bezpieczni. Nic bardziej mylnego.

Bo przecież wyrok ten ogranicza się do:

  • treści, które zostały już udostępnione publicznie
  • na dodatek zostały udostępnione publicznie przez posiadacza(!) praw autorskich do tych treści

 Na co wskazuje nawet fragment wyroku odwołujący się do art. 3 ust. 1 dyrektywy, który o momencie publikacji (publicznego udostępnienia utworu) w pierwotnym portalu musi trafić tam za zgodą twórcy.

15      W kwestii tej z art. 3 ust. 1 dyrektywy 2001/29 wynika, że każda czynność publicznego udostępniania utworów wymaga zezwolenia podmiotu praw autorskich.

Innymi słowy, omawiany wyrok Trybunału Sprawiedliwości w świetle pojmowania linków na gruncie prawa autorskiego nie zmienia tak wiele, jak podają niektóre serwisy informacyjne. Dobrze, że takie orzeczenie się pojawiło, pozwoli na oddalenie wielu – za przeproszeniem – bzdurnych powództw (to szwedzkie, prawdę powiedziawszy, sformułowano bardzo na wyrost) i jednocześnie gwarantuje rozwój internetu w jego obecnej, rozsądnej formie.

Z drugiej strony, w świetle niniejszego orzeczenia – co mnie osobiście mimo wszystko jednak cieszy – bronić nie będą mogli się np. piraci. Oczywiście nadal będzie uderzało to także w nieświadomych użytkowników sieci, dalej nie mamy praktyki postępowania z linkami, których zawartość zmienia się bez wiedzy linkującego, dalej wrzucając film z YouTube’a na Facebooka, jeśli znalazł się tam nielegalnie, możemy ponosić odpowiedzialność prawną. Trybunał Sprawiedliwości metodą małych kroków wprowadził wczoraj jednak małą namiastkę porządku w tej najbardziej pilnej kwestii związanej z linkowaniem.

A jeśli artykuł Wam się spodobał – linkujcie go dalej! I tak bym się nie pogniewał, ale teraz macie to na papierze ;-).

 Fot. tytułowa: Anthony Ryan/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0 i  Yanni Koutsomitis/Flickr ze zmianami, CC BY 2.0

Kolejny polski sąd próbował uporać się z linkami

Czasy się zmieniają, ale polskie sądy zawsze mają problem z linkowaniem.

Po raz pierwszy, na poważnie, tematem próbował zająć się Sąd Apelacyjny w Krakowie, już w 2004 roku. Pomyliło im się tam wszystko, linkowanie z deeplinkowaniem, domeny z subdomenami, pisałem o tym zresztą przy okazji wpisu „Dlaczego Kinomaniak musiał zniknąć?„. Można było te błędy wybaczyć, polski internet dopiero czekała premiera Naszej-Klasy i wielkiego boomu technologicznego, a skład sędziowski po raz pierwszy musiał mierzyć się z tematem tak trudnym, że nawet amerykańskie i europejskie orzecznictwo spiera się co do tego, jak te nieszczęsne hiperłącza traktować.

Co znamienne, wspomniana sprawa z 2004 roku dotyczyła naruszenia dóbr osobistych, choć wyrok od tamtego czasu z entuzjazmem często rozciąga się przeważnie na prawa autorskie. I – pomimo licznych zastrzeżeń co do jego merytorycznej wartości – polskie sądy i doktryna otaczają go szczególnym autorytetem.

Bohaterem dzisiejszego wpisu będzie jednak jeszcze gorący Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z dnia 18 grudnia 2013 r. (V ACa 524/13), który po raz kolejny zadziwił opinię publiczną nieczęsto przedostającym się do niej faktem, że za podanie odnośnika może grozić odpowiedzialność prawna. Zdziwienie mediów jest nieuzasadnione, ponieważ niedługo będziemy mieli dokładnie dziesiątą rocznicę tego, jak do podobnego wniosku doszedł wspomniany krakowski sąd apelacyjny.

Stan faktyczny

A o co chodziło w sprawie przed tym katowickim? Względem kierowcy prezydenta jednego z miast pojawił się zarzut kradzieży benzyny z służbowego samochodu. W materiale telewizyjnym pokazano zawiadomienie do Prokuratury, natomiast osoby oglądające go mogły z łatwością zapoznać się z jego treścią, a w nim znalazły się między innymi treści naruszające dobra osobiste powoda (kierowcy), w tym wskazujące jego dane, jak również informacje o kierowanych względem niego zarzutach. Kierowca uznał to za naruszenie dóbr osobistych, dość płomiennie powołując się pozwie na pogorszenie stanu psychicznego, społecznych relacji, itd. Jednakże we wspomnianej w niniejszym wpisie sprawie to nie stacja telewizyjna wystąpiła w roli pozwanego, to by było zbyt proste (wcześniej w tej materii odbyła się osobna sprawa, która zakończyła się ugodą między powodem a telewizją). W wyniku ugody stacja telewizyjna usunęła również materiał ze swojej strony internetowej.

Sprawę opisał również portal internetowy, a na swoich łamach – oprócz treści – zawarł link do wspomnianego materiału filmowego. Co ciekawe, sam pełnomocnik powoda uznał, że artykuł nie naruszał dóbr osobistych, naruszał je link do filmu, który – i tu ciekawe – portal uznał za „swój własny”. Na jakiej podstawie wywnioskował to pełnomocnik? Pod wpisem znajdowała się adnotacja o treści „Informacja własna„. Pozwany zaprzeczył, że film uznał jako własny, wskazał, że posługuję się tylko linkiem, a badający sprawę sąd okręgowy oddalił to powództwo. Abstrahując od argumentów Sądu związanych z art. 24 § 1 KC i przepisami prawa prasowego, dotyczących wypowiedzi i jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej i szczególnych w tym zakresie mediów, z punktu widzenia dyskusji o linkowaniu ciekawe wydaje się stwierdzenie:

 Zamieszczenie odnośników innych redakcji, kierujących do zapoznania się z danym materiałem jest dopuszczalne i bezpłatne, wymagane jest jednak podanie źródła pochodzenia tematu. Pozwany ostatecznie jednak usunął ten link.

Dalej Sąd pisał również:

Co prawda z treści przekazu filmowego wynika, że materiał ten dotyczy powoda, bowiem w liście anonimowym, w nim przedstawionym zauważyć można jego imię i nazwisko, to jednak trudno uznać, że działanie pozwanego było bezprawne. Pozwany, bowiem skorzystał jedynie z możliwości umieszczenia na swojej stronie odnośnika do tego materiału, kierującego na inną stronę internetową, która nie należy do niego. Pozwany zamieszczając ten link, jednocześnie powiadomił o jego źródle i przekierowaniu na inną stronę internetową. Twierdzenie, że pozwany uznał materiał prasowy (…) jako własny także nie znajduje akceptacji. W ocenie Sądu stwierdzenie „informacja własna” odnosi się jedynie do tekstu opublikowanego przez pozwanego, tj. do artykułu „(…) ?” a nie do odnośnika kierującego do obejrzenia materiału (…), w tym celu pozwany, dość dużą czcionką poinformował, że publikacja audiowizualna jest materiałem Telewizji (…).

dostrzegając przy tym, że powód pozwał już Telewizję i otrzymał rekompensatę za opublikowanie jego danych w materiale firmowym. Pełnomocnik powoda nie zgodził się jednak z takim postawieniem sprawy i zdecydował się na apelację zarzucając sądowi okręgowemu m.in. błędy w ustaleniach sądu z zebranym materiałem dowodowym.

„Sąd Apelacyjny zważył, co następuje”

Z tym ostatnim argumentem Sąd Apelacyjny się nie zgodził, zwracając uwagę, iż w treści apelacji nie znalazły się nawet precyzyjnie określone zarzuty co do rozbieżności wniosków sądu orzekającego w I instancji i materiału dowodowego.

Sąd Apelacyjny odniósł się natomiast do prawnego statusu linku. Co ciekawe, tym razem zdecydowano się pójść w kierunku interpretowania problematyki linkingu jako specyficznej metody realizowania prawa cytatu.

Nie jest to więc, jak chce powód, materiał własny pozwanego lecz sytuację taką można przyrównać do tej, w której materiał prasowy powołuje się na inny materiał w drodze cytatu, bez zmiany ingerencji w treść tego innego materiału.

Dalsza część wyroku Sądu Apelacyjnego zaczyna jednak uderzać w nieco inny ton, zdecydowanie mniej korzystny dla pozwanego.

Gdyby bowiem taki link nie został zamieszczony dostęp do witryny, której link dotyczył, wymagałby nie tylko znajomości adresu tej witryny ale także wiedzy użytkownika portalu pozwanego o tym, że kwestie poruszane w zamieszczonej przez pozwanego informacji były także przedmiotem materiału telewizji (…)

Sąd linkowanie do zewnętrznego materiału uznał za element pracy dziennikarza, zbliżony do prac nad samym tekstem. Jednocześnie podkreślił, że w świetle przepisów kodeksu cywilnego i prawa prasowego bezprawność takiego działania może zostać wyłączona tylko przy dochowaniu należytej staranności,

Pozwany nie wykazał tego by ujawnienie danych osobowych powoda – kierowcy samochodu służbowego w kontekście informacji o nieprawidłowościach w rozliczeniu zużycia benzyny służyło interesowi publicznemu ani też tego by odwołując się do cudzej wypowiedzi, której elementem było ujawnienie danych osobowych powoda, pozwany zachował się w sposób, o którym mowa w art. 12 ust. 1 Prawa prasowego. O ile bowiem, w interesie publicznym leżało ujawnienie zdarzeń, które doprowadziły do powiadomienia przez Prezydenta J.stosowanych organów o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z rozliczeniem paliwa w samochodach służbowych o tyle szczególna staranność i rzetelność nakazywała pozwanemu sprawdzenie powołanego cudzego materiału dziennikarskiego pod względem jego zgodności z obowiązującym prawem, w szczególności zaś z prawem prasowym. Tymczasem stosownie do art. 13 ust. 2 Prawa prasowego nie wolno publikować w prasie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę.

W świetle niedopełnienia przez portal internetowy wynikających z przepisów prawa obowiązków dotyczących dziennikarskiej rzetelności, roszczenie z tytułu naruszenia dóbr osobistych adresowane względem tego portalu było w ocenie Sądu zasadne.

Tajemnicze groźne linki

Moja opinia w powyższej sprawie jest następująca. Po raz kolejny mamy przypadek orzeczenia sądu w sprawie linkowania, które budzi kontrowersje i wątpliwości. Motorem napędowym tych dylematów jest praktyka – każdego dnia w sieci pojawiają się miliony linków, wśród których większość mogłaby w jakiś sposób zostać uznana za naruszające prawo. Osoba podająca odnośnik do określonej strony przede wszystkim nie musi mieć wiedzy, że dana strona łamie prawo, narusza prawo autorskie czy czyjeś dobra osobiste. Prawo cywilne jest w tej materii jednak dość bezwzględne, koncentrując się na konsekwencjach, a nie intencjach linkującego.

Sam link jako konstrukcja techniczna, owoc wyświetlania przez przeglądarkę poleceń zakodowanych w języku HTML nie stanowi naruszenia prawa, do naruszenia prawa może dojść dopiero w połączeniu go z zawartością docelowej stron. Jest to szczególnie niebezpieczne, ponieważ linkujący nie ma możliwości kontrolowania tego, co dzieje się na stronie, do której odsyła, weryfikacji tej treści, ale przede wszystkim – weryfikacji tego co stanie się z nią w przyszłości. Link o treści „Idiota” prowadzący do serwisu humorystycznego z zabawnym filmikiem pewnego dnia (w skutek np. przekierowań) może prowadzić do strony internetowej np. głowy państwa i przysporzyć jego twórcy istotnych problemów. Podobnie z sytuacją, gdy podajemy link do strony – jak nam się wydaje – z informacjami sportowymi, a po roku znajdują się na niej treści naruszające prawo autorskie albo nawet z moralno-prawnego punktu widzenia jeszcze gorsze i dla rozpowszechniającego bardziej niebezpieczne… Mam nadzieję, że w świetle powyższych argumentów Czytelnik rozumie dlaczego linkowanie jest kwestią tak niezwykle delikatną.

Niestety, jak dotąd nie spotkałem się z głośnymi sprawami, w których za linkowanie odpowiadaliby na przykład piraci pojawiający się na forach typu Polish Elite Board. Przeważnie konsekwencje ponoszą nieświadomi internauci, jak chociażby we wspomnianej sprawie z 2004 roku, gdzie krakowski sąd wydał wątpliwiej jakości wyrok. Wydaje się, że w tej kwestii niezbędna będzie nowelizacja europejskiego i polskiego prawa, co zapewne nastąpi w przyszłości. Do tego czasu pozostaje jednak liczyć na zdrowy rozsądek polskich sądów, które – niestety – w granicy prawa cywilnego rzeczywiście są dość mocno związane koniecznością analizowania konsekwencji, a nie intencji linkującego.

Jednakże wyrok w powyższej sprawie wydaje się – mimo licznych wątpliwości – słuszny. Pozwanym nie jest osoba prywatna, a redaktor, względem którego obowiązują normy etyki zawodowej wynikające z prawa prasowego. To jest niestety błąd jednego z dziennikarzy, który nieświadomy pewnej nowej praktyki poszedł „na pierwszy ogień”, a na jego przykładzie zapewne uczyć się będzie wielu branżowych kolegów. Otóż Sąd Apelacyjny w Katowicach stwierdził, że link stanowi element publikacji zbliżony w swojej istocie do cytatu i dziennikarz, dokonując rozpowszechnienia, odpowiada za zawartość znajdującą się pod linkiem w takim samym stopniu jak względem całego swojego artykułu. W opinii Sądu, potwierdzonej w przepisach prawa, autor powinien dochować należytej staranności, badając czy przywoływany materiał filmowy nie narusza cudzych praw.

Uznałem ten wyrok za uzasadniony w świetle obowiązujących przepisów, nie oznacza to jednak, że mi się on podoba (wręcz przeciwnie). W idealnym stanie prawnym zdecydowanie bardziej sensowna wydawałaby się argumentacja przyjęta przez sąd okręgowy. Jednocześnie – jest to wyłącznie efekt moich autorskich przemyśleń, a i zastrzegam prawo do zmiany tego zdania w ramach nabywania zawodowego doświadczenia  – bardziej właściwa byłaby koncepcja, która zwiększa odpowiedzialność wyłączną Telewizji, która pierwotnie naruszyła dobra osobiste, po uwzględnieniu tego, ile mediów powołało się na jej materiał. To jednak wymagałoby nie tyle wprowadzenia kazuistyki dotyczącej linków, co zmian w prawie prasowym.

Przy okazji warto też wspomnieć, że istnieje jeden wyjątek, gdy od odpowiedzialności karnej i cywilnej jesteśmy zwolnieni powołując się na cudze publikacje prasowe. To Polska Agencja Prasowa, której szczególnemu autorytetowi oraz kwestiom związanym z prawem autorskim poświęciłem osobny wpis na łamach TechLaw.pl.

Za szybkie podesłanie sprawy dziękuję jak zawsze nieocenionemu Mateuszowi.
 Fot. tytułowa: Anthony Ryan/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Dlaczego „Kinomaniak” musiał zniknąć z sieci?

Odpowiedź jest prosta – bo łamał polskie prawo. Osobiście zastanawiam się jedynie dlaczego stało się to tak późno.  A przecież to tylko wierzchołek góry lodowej stron o podobnej specyfice. Sam temat jest jednak o wiele bardziej złożony, bo nasuwa się pytanie – na czym polega różnica między Kinomaniakiem a YouTube, na którym też zdarza się spotykać treści naruszające prawo autorskie? 

Od razu wyjaśniam – YouTube te pliki hostuje i można zaryzykować stwierdzenie, że w tym wypadku skala odpowiedzialności jest nawet większa. To jednak zupełnie inny problem prawny, rozwiążę go w przyszłości, nie ma palącej potrzeby – zwłaszcza, że YouTube jest raczej przykładem troski o interesy twórców w bardzo trudnej próbie dopasowania się prawa do nowoczesnych technologii.

Kinomaniak (i jemu podobni) z kolei funkcjonował w oparciu o linki i pliki osadzone (embeding) – portal osadzał na swoich łamach treści opublikowane w zewnętrznych serwisach działających na zasadach podobnych do YouTube (np. MaxVideo, hd3d.cc, played.to), choć zdecydowanie mniej rygorystycznie podchodzących do zagadnienia praw autorskich (ktoś mógłby powiedzieć, że celowo i pewnie wiele by się nie pomylił). Serwis robił to wierząc przy tym uparcie, że w ten sposób uwalnia się od prawnej odpowiedzialności legitymując się rozmaitymi formułkami, jak choćby ta z konkurencyjnego dlań Kinoman.tv:

Kinoman nie podpisuje się pod żadnymi materiałami zamieszczonymi przez użytkowników i stanowczo zrzeka się z wszelkiej odpowiedzialności prawnej w związku z zamieszczonymi przez użytkowników materiałami.

Z punktu widzenia prawa mają one jednak charakter co najwyżej życzeniowy, twórcy strony równie dobrze mogliby domagać się kucyka.

Osobiście jestem zwolennikiem interpretowania obiektów osadzonych (embedowanych) na zasadzie podobnej do linków, jeśli nie bardziej rygorystycznej – wszak link mimo wszystko odsyła, embed umieszcza obiekt (z zewnętrznego serwera) w postaci interaktywnego elementu naszej witryny, dokonując bezpośredniego wzbogacenia jej treści. Mniej „technicznym” czytelnikom wyjaśniam – embedowaniem jest np. wstawienie filmiku z YouTube w treści notki na blogu. Linkowaniem – podanie jego adresu na łamach innej witryny.

W świetle orzecznictwa, zarówno linkowanie, jak i (zapewne) embedowanie może stanowić naruszenie praw autorskich. Tak wyrokował m.in. Sąd Apelacyjny w Krakowie w 2004 roku i choć sprawa dotyczyła naruszenia dóbr osobistych, dziś jej interpretację dość powszechnie rozciąga się też na inne dziedziny prawa. Nie jest to najlepsze orzeczenie, zawiera sporo błędów nawet w materii ustalenia stanu faktycznego, pomimo to – jest jednym z nielicznych związanych z wciąż prawniczo nieodkrytym internetem, w związku z czym z niewyjaśnionych względów cieszy się autorytetem. Skład orzekający nie tylko dopasowywał definicję deeplinkingu do zwykłego linku (w mojej ocenie był to poważny błąd merytoryczny nie bez znaczenia dla istoty sprawy), ale i dokonał kilku daleko idących rozstrzygnięć, które w mniej rozsądnych warunkach środowiskowych mogłyby doprowadzić do paraliżu całego internetu.

Błąd Sądu polegał m.in. na błędnym zaklasyfikowaniu adresu mlode-dupy.w.tertia.pl jako przykład głębokiego linkowania. W tamtym okresie własna domena internetowa stawiła prawdziwy rarytas, zaś stawianie własnych serwisów w ramach większych stron oferujących takie usługi – hosting i/lub subdomeny było zjawiskiem powszechnym. Doszukiwanie się głębokiego linkowania w tamtej witrynie, jak gdyby była podstroną witryny tertia.pl, było więc tak samo niewłaściwe jak określanie mianem deeplinkingu adresu (przykładowo) gry.home.pl, który nie stanowi przecież głębokiego linku w relacji z serwisem home.pl, to dwie zupełnie odrębne witryny, choć jedna świadczy drugiej usługę domenową.

Tym samym w swoim uzasadnieniu, a dokładnie w przytoczonym poniżej fragmencie, Sąd popełnia bardzo poważny błąd merytoryczny.

Głębokiego linku (deep link), umożliwiającego natychmiastowe i bezpośrednie otwarcie tej witryny z pominięciem struktury nawigacyjnej strony głównej portalu tertia: przez kliknięcie tekstu odesłania („Młode kobiety są najlepsze”) użytkownik portalu strony pozwanej był bezpośrednio przeniesiony na wewnętrzną witrynę portalu tertia (galerie zdjęć) z pominięciem witryny głównej tego portalu.

Zachowanie strony pozwanej, tj. zamieszczenie na stronie portalu secunda „głębokiego” linku do wewnętrznej witryny portalu tertia umożliwiało dowolnemu użytkownikowi portalu secunda natychmiastowe i bezpośrednie zapoznanie się z zawartością tej witryny. Swoistość „głębokiego” linku polega na tym, że użytkownik portalu, na którego stronie zamieszczony jest taki link, uzyskuje poprzez jego aktywację bezpośrednio dostęp do wewnętrznej witryny innego portalu. Zamieszczenie „głębokiego” linku prowadzi do zwiększenia zbiorowości osób, które mogą zapoznać się z zawartością witryny, do której link odsyła; gdyby taki link nie został zamieszczony, dostęp do witryny, której dotyczyło odesłanie, wymagałby znajomości adresu tej witryny i podjęcia przez użytkownika Internetu odpowiednich czynności „wyszukiwawczych”.

Wspomniane orzeczenie błędnie klasyfikuje deeplink w tamtej sytuacji, ale jasno daje do zrozumienia, że polskie sądownictwo nie jest przychylne podawaniu odnośników, jeżeli za jego sprawą dochodzi do naruszenia prawa. Do zagadnień linkingu i deeplinkingu powrócę na łamach TechLaw w przyszłości.

Zdecydowanie bliższy naszej epoki jest wyrok z dnia 12 lipca 2013 r. (SYGN. AKT. I C 504/12). Jeden z polityków PO w ramach potyczek z członkiniami PiS umieścił na swoim facebookowym profilu link do piosenki z YouTube, która na YouTube znalazła się w sposób bezprawny, naruszając prawa jego twórcy – rapera o pseudonimie artystycznym Doniu. Muzyk z kolei zdecydował się pozwać polityka, wskazując, że wstawienie linku jest rozpowszechnieniem utworu, a tym samym naruszenie praw autorskich. Sąd, co nas już zapewne nie dziwi, zdecydował się przychylić do tego poglądu:

Sąd nie podzielił także poglądu reprezentowanego przez D. D. podług którego to udostępnianie linków do materiałów naruszających prawa autorskie, samo w sobie, nie jest naruszeniem, tychże. A contrario, prowadzenie profilu, zwłaszcza na tak popularnej stronie www, i umieszczanie na niej odnośników, stanowi o istocie rozpowszechniania treści pod nimi dostępnych.

Co więcej, w ocenie Sądu nie miało znaczenia czy polityk rozpowszechniając treści wiedział lub nie wiedział o ich bezprawnym charakterze.

W oparciu o przepisy ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych dotyczących rozpowszechniania utworów bez odpowiedniego tytułu, jak również orzecznictwa, które postrzega linkowanie do bezprawnych treści jako równorzędny akt rozpowszechnienia, można stwierdzić, że serwisy takie jak Kinomaniak naruszały i naruszają prawa autorskie, w związku z czym działały niezgodnie z prawem, co z kolei wiąże się z odpowiedzialnością cywilną i karną. Warto też przytoczyć  art. 116 ze szczególnym uwzględnieniem ust. 3:

Jeżeli sprawca uczynił sobie z popełniania przestępstwa określonego w ust. 1 stałe źródło dochodu albo działalność przestępną, określoną w ust. 1, organizuje lub nią kieruje, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 5.

Ponieważ trudno jest mi uwierzyć w to, że serwisy zajmujące się linkowaniem/embedowaniem seriali i filmów nie zdają sobie sprawy z bezprawności swojego działania (w przeciwieństwie do wielu ich użytkowników) wierzę, że kary nie tylko będą, ale będą też surowe. Póki co serwisy tego typu odradzają się dość regularnie, jednak kilka głośnych wyroków z pewnością zmieni sposób postrzegania prawa i rzeczywistości przez twórców witryn rozpowszechniających pirackie treści.

Fot. tytułowa: Overmundo/Flickr  CC BY

[alert type=”warning”]Jeżeli chcesz otrzymywać informacje na temat nowych porad i analiz prawnych, będzie mi bardzo miło jeśli polubisz profil TechLaw.pl na Facebooku – >> Prawo Nowych Technologii <<[/alert]