“Podatek od Google” – w Hiszpanii chcą pobierać opłaty za linkowanie z wypisem treści

Przewijaj

Hiszpańska reforma prawa autorskiego już wkrótce może stać się czarną owcą na tle generalnie liberalizującej swoje przepisy w tej materii Europy. Największe wątpliwości budzi konstrukcja, którą media okrzyknęły “podatkiem od Google”.

Nie jest tu do końca właściwe określenie “podatek”, zaś sprawa dotyczy nie tylko Google, ale i serwisów takich jak Facebook czy Twitter. generalnie – każdej witryny, która publikuje zewnętrzne linki. Co ciekawe, warunki zmian prawa autorskiego dyktuje w Hiszpanii socjalistyczna opozycja – ta sama, która przez wiele ostatnich lat sumiennie pracowała nad zniszczeniem hiszpańskiej gospodarki. Nowelizacja przyznaje AEDE (coś na kształt naszej Izby Wydawców Prasy) prawo do pobierania opłaty od każdego kto linkuje do “ich” treści w sieci.

Nowy art. 32 hiszpańskiego prawa autorskiego stanowi, że rozpowszechnianie treści lub fragmentów treści drogą elektroniczną daje wydawcom niezbywalne prawo do otrzymania odpowiedniej rekompensaty z tytułu wykorzystanej własności intelektualnej. Pierwsze spekulacje medialne wskazywały na to, że ustawa ma przy tym na myśli wyłącznie wydawców skupionych w ramach AEDE, wszystkich innych internautów tworzących strony internetowej pozostawiając bez swojej opieki. Bliższa analiza przepisów precyzuje ten pogląd – AEDE miałoby działać na zasadach zbliżonych do polskich organizacji zbiorowego zarządzania (typu ZAiKS) pobierając swoje opłaty odgórnie, a następnie dzieląc ich między internetową prasę.

Chodzi tu zapewne nie tyle o sam nagłówek w postaci linku (swoją drogą ETS ostatnio potwierdził, że w świetle unijnych przepisów linkowanie do treści już legalnie rozpowszechnionych generalnie nie narusza prawa autorskiego), co jeszcze element wypisu treści strony. Obecnie większość serwisów publikuje teksty w ten sposób, wyszukiwarki internetowe, czytniki RSS, agregatory treści, media społecznościowe… Hiszpania chce, by pośrednicy linkujący w taki sposób do portali skupionych w ramach AEDE płacili za korzystanie z cudzej własności intelektualnej. Ile – i na jakich zasadach – nie wiadomo.

Interpretacja tego przepisu budzi liczna wątpliwości, w zagranicznej, ale i hiszpańskiej prasie. Tamtejszy rząd uspokajał już nawet, że zapisane w nim normy nie będą miały zastosowania do serwisów społecznościowych, takich jak Facebook czy Twitter. Dlaczego? Nie wiadomo. Czy w takim razie zalicza się do tego grona Google, Reddit, itd. – też nie wiadomo. Generalnie rzecz ujmując oglądamy dość absurdalną sytuację, w której wprowadzana jest ustawa, a rząd twórczo dokonuje wykładni (uwaga, po hiszpańsku), która w ogóle nie wynika z jej treści.

Cały pomysł Google na swoim hiszpańskim blogu oprotestowało już w lutym tego roku, podkreślając między innymi, że np. w ramach usługi Google News (taki quasi-czytnik RSS od Google) w ogóle nie wyświetla reklam, pojawianie się w wynikach wyszukiwania leży w interesie portali, a jeśli ktoś sobie tego nie życzy, to może przecież wyłączyć indeksowanie choćby w pliku robots.txt czy ustawieniach systemu CMS. Opinia ta została przez ustawodawcę zignorowana zupełnie.

Generalnie Hiszpania nie jest obecnie chyba ulubionym państwem na mapie internetowego giganta. Przypominam, że to właśnie na Półwyspie Iberyjskim początek miała sprawa, w wyniku której Google każdego dnia z wyników wyszukiwania musi kasować setki pozycji.

Luka także w polskim prawie

Problematykę linków w Google oraz – przede wszystkim – krótkiego wypisu zawierającego treść rozpatrywałem już na łamach Techlaw.pl w przeszłości, przy okazji rozważań nad prawem cytatu. Próbowałem wówczas w kreatywny sposób powiązać tego typu praktyki wyszukiwarek z tą popularną i często nadinterpretowaną zresztą formą dozwolonego użytku. Nie byłem jednak szczególnie przekonany do takiej argumentacji. Wydaje się, że sytuacje, kiedy wyszukiwarki internetowe, agregatory linków (np. wykop.pl) czy inne serwisy wyświetlają nie tylko link do strony, ale i kawałek jej treści (najczęściej w postaci tzw. meta-opisu) mogą równocześnie w ten sposób dokonywać naruszenia prawa autorskiego.

Wniosek ten nie ma oczywiście najmniejszego sensu w konfrontacji z praktyką. Dla wydawcy portalu obecność w Google to swego rodzaju internetowy rodzaj łaski uświęcającej i żadnemu rozsądnie myślącemu przedsiębiorcy sieciowemu nawet nie przyszłoby do głowy, by zarzucać operatorowi wyszukiwarki, że wyświetlając jego wyniki, narusza jego prawa.

Nie zmienia to jednak faktu, że w mojej ocenie – doszukując się choć namiastki logiki w rozumowaniu Hiszpanów – to właśnie ten argument mógł przyświecać pomysłowi wprowadzenia “podatku od Google”. Być może powodem była też kreatywna księgowość technologicznego giganta, który z gracją wykorzystuje najdrobniejsze nawet kruczki podatkowe. Wyszukiwarki to martwy punkt na mapie prawa (co poniekąd pokazała niedawna sprawa dot. prawa do bycia zapomnianym) i jeszcze wiele czasu upłynie, nim w kontekście samego choćby prawa autorskiego nauczymy się interpretować wyniki wyszukiwania – te dotyczące treści czy jeszcze bardziej spektakularne dot. grafiki.

hiszpanskie-plaze

Nie mogę się doczekać reakcji Google

Internet póki co świetnie odnajduje się w wolnorynkowych okolicznościach, a liczne próby dodatkowej regulacji zasad jego funkcjonowania, szczególnie w kwestiach finansowych, wydają się kompletnie oderwane od rzeczywistości. Przekonali się o tym Włosi, którzy w grudniu 2013 wprowadzili swoją, nieco odmienną, wersję Google Tax, a półtora miesiąca później – tydzień po objęciu urzędu – nowy rząd Matteo Renziego wysłał te przepisy na zasłużony śmietnik historii. Z drugiej strony w Niemczech podobny podatek od Google funkcjonuje już od roku, gdzie zakazano przy okazji automatycznego indeksowania treści, a całkiem niedawno grupa niemieckich wydawców zaczęła domagać się od Google 11% udziału w jego przychodach z tytułu linkowania… do stron należących do tych wydawców.

Google nie jest firmą słynącą ze szczególnie odważnych posunięć w rywalizacji z rządami wielkich państw (choć powoli zaczyna mieć narzędzia, by funkcjonować jako swoiste XXII-wieczne państwo-korporacja) czy dążenia do otwartych konfrontacji. Rozwiązanie hiszpańskiego problemu jest jednak z punktu widzenia teorii bardzo proste. W dniu uprawomocnienia się znowelizowanej ustawy (na ten moment czekają ją jeszcze poprawki w drugiej izbie tamtejszego parlamentu) Google autorytarnie powinien wyrzucić z wyników wyszukiwania i pozostałych swoich usług każdego kto jest uprawniony do czerpania przychodów we współpracy z AEDE w myśl nowej ustawy. Minusem jest fakt, że takie rozwiązanie mogłoby oznaczać banicję niemal całego hiszpańskiego internetu.

Wyniki wyszukiwania nie są może największym bieżącym źródłem ruchu dużych portali, ale – i tak – spadek oglądalności o kilkanaście-kilkadziesiąt procent w skali miesiąca i gniew wydawców doprowadziłby zapewne do rekordowo szybkich poprawek w nowym prawie. W 2009 roku Rupert Murdoch ograł Google, by The Times nie pokazywał się w wynikach wyszukiwania, a jakiś czas później… stawał na głowie, by całą sprawę odkręcić (odsłony podstron spadły nawet o 90%). Nie jestem przesadnym fanem firmy z Mountain View, ale tym razem mam nadzieję, że nauczą Hiszpanów, by uważali czego sobie życzą.

1 Comment

Submit a comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *