56 milionów złotych i 15 lat tajemnic. Tak upadło największe erotyczne imperium w polskim internecie

roksa

Przewijaj

Przez piętnaście lat była synonimem całej branży – tak jak Allegro dla aukcji czy Google dla wyszukiwarek. Roksa, największy polski serwis z anonsami towarzyskimi, zbudowała imperium warte dziesiątki milionów złotych, opierając się na modelu, którego legalność nigdy nie była do końca jasna. Gdy w listopadzie 2021 roku na stronie głównej pojawił się lakoniczny komunikat o zawieszeniu działalności, za kulisami czekała już prokuratura z zarzutami kuplerstwa i zorganizowanej grupy przestępczej.

Fenomen największego polskiego portalu z anonsami

Roksa to historia polskiego internetu początku lat dwutysięcznych. W czasach, gdy platformy ogłoszeniowe dopiero raczkowały, ktoś wpadł na pomysł stworzenia serwisu dedykowanego jednemu, ściśle określonemu rodzajowi usług. Model biznesowy był brutalnie prosty: 50 złotych miesięcznie za publikację anonsu, kilkanaście tysięcy aktywnych ogłoszeń co miesiąc, pomnożone przez 180 miesięcy działalności.

Profesjonalizacja szarej strefy

Serwis szybko zdystansował konkurencję. Przejrzysty interfejs, kategoryzacja według miast, system weryfikacji profili – wszystko sprawiało, że portal wyglądał jak poważne przedsięwzięcie biznesowe, a nie szemrana strona z obrzeży sieci. W ostatnich latach działalności administracja zaczęła wymagać od ogłoszeniodawców przesyłania zdjęć z widoczną twarzą oraz skanów dokumentów tożsamości. Oficjalnie – walka z fałszywymi profilami. Nieoficjalnie – budowanie bazy danych, która miała później okazać się bezcennym materiałem dowodowym dla organów ścigania.

Kuplerstwo po polsku – cienka granica prawa

Żeby zrozumieć, dlaczego Roksa mogła działać tak długo i tak otwarcie, trzeba cofnąć się do specyfiki polskiego prawa. Polska przyjęła wobec prostytucji model abolicjonistyczny, który w praktyce tworzy osobliwą sytuację prawną. Sama prostytucja jest całkowicie legalna – osoba świadcząca usługi seksualne nie łamie żadnego przepisu, podobnie jak jej klient. Przestępstwem staje się dopiero wszystko to, co dzieje się „wokół”.

Trzy oblicza artykułu 204 KK

Kodeks karny w artykule 204 wymienia trzy rodzaje zabronionych zachowań: stręczycielstwo (nakłanianie do prostytucji), sutenerstwo (czerpanie korzyści z cudzego nierządu) oraz kuplerstwo (ułatwianie prostytucji w celu osiągnięcia korzyści majątkowej). To właśnie ten ostatni przepis stał się mieczem, który w końcu przeciął gordyjski węzeł portalu. Szczegółowe rozważania na temat odpowiedzialności użytkowników serwisu znaleźć można w analizie czy klientom roksy grozi odpowiedzialność karna – warto zajrzeć, bo sprawa nie jest tak oczywista, jak mogłoby się wydawać.

Problem tkwi w tym, że granica między legalną a nielegalną działalnością jest w tym przypadku niezwykle rozmyta. Czy prowadzenie portalu z ogłoszeniami to już ułatwianie prostytucji? A może to neutralne pośrednictwo informacyjne, nieróżniące się zasadniczo od publikowania anonsów o wynajmie mieszkań? Kwestie odpowiedzialności administratorów platform internetowych za treści publikowane przez użytkowników zostały szczegółowo omówione w naszym tekście o odpowiedzialności administratora portalu.

Pięćdziesiąt sześć milionów i zatrzymanie

Wszystko zmieniło się w listopadzie 2021 roku. Użytkownicy, którzy pewnego ranka chcieli sprawdzić swoje ogłoszenia, zamiast znajomego interfejsu zobaczyli krótki komunikat: „Niestety, ale dalsze świadczenie usługi nie może być zrealizowane”. Za kulisami rozgrywała się akcja rodem z filmu sensacyjnego – blisko pięćdziesięciu funkcjonariuszy z komendy wojewódzkiej w Białymstoku, wspieranych przez policjantów z Komendy Głównej, weszło na teren firmy zarządzającej serwisem.

Bracia za kratkami i zarzuty z grubego kalibru

Zatrzymano jedenaście osób. W centrum uwagi śledczych znalazło się dwóch braci – 43-latek, który stworzył i prowadził portal, oraz jego 39-letni brat. Obaj usłyszeli zarzuty założenia i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. Pozostali zatrzymani, głównie pracownicy obsługujący korespondencję z ogłoszeniodawcami i administrujący płatnościami, otrzymali zarzuty udziału w grupie oraz kuplerstwa.

Prokuratura skrupulatnie policzyła zyski. Według ustaleń śledczych, przez piętnaście lat działalności serwis wygenerował przychody rzędu co najmniej 56 milionów złotych. Dokładne okoliczności upadku imperium opisuje materiał Roksa i tajemnica jej upadku czy założyciele legendarnego serwisu są winni, rzucający światło na kulisy śledztwa i spory wokół faktycznego wyroku.

Podatkowy paradoks szarej strefy

Sprawa odsłoniła szerszy problem polskiego systemu prawnego. Prostytucja funkcjonuje w swoistym prawnym niebycie – jest legalna, ale niemal całkowicie nieuregulowana. Osoby świadczące usługi seksualne teoretycznie powinny odprowadzać podatki od swoich dochodów, ale w praktyce niemal nigdy tego nie robią. Ustawa o PIT wyłącza spod opodatkowania przychody z czynności, które nie mogą być przedmiotem prawnie skutecznej umowy.

Kto zapłaci fiskusowi?

Kwestie podatkowe związane z działalnością portalu i jego użytkowników okazały się równie skomplikowane co same zarzuty karne. Analiza problemu w kontekście roksa podatki pokazuje, jak państwo próbuje radzić sobie z ekosystemem, którego oficjalnie nie chce uznawać. To paradoks: państwo toleruje prostytucję, ale nie chce jej oficjalnie uznawać, co tworzy przestrzeń dla patologii – od drobnych wymuszeń po handel ludźmi. Podobne problemy z egzekwowaniem obowiązków podatkowych pojawiają się przy wielu modelach biznesowych funkcjonujących w internecie, o czym pisaliśmy w tekście o podatkach od działalności online.

Roksa.sx – zmartwychwstanie czy podróbka?

Internet nie znosi próżni, a rozpoznawalna marka to wartość sama w sobie. Niedługo po zamknięciu oryginalnego portalu w sieci pojawiła się strona z rozszerzeniem .sx – przypisanym do Sint Maarten, holenderskiego terytorium zamorskiego na Karaibach, słynącego z liberalnego podejścia do rejestracji domen. Nowy serwis wygląda znajomo i działa na podobnych zasadach co oryginał, z jedną zasadniczą różnicą – deklaruje, że jest całkowicie darmowy.

Sygnały ostrzegawcze

Eksperci od bezpieczeństwa w sieci zwracają uwagę na kilka niepokojących okoliczności: rejestrację w egzotycznej jurysdykcji, brak przejrzystego modelu biznesowego, kontaktowy adres email na Gmailu zamiast własnej domeny. Na stronie oryginalnej wciąż widnieje ostrzeżenie o podszywających się pod markę serwisach. Czy to kontynuacja działalności pod nowym szyldem, próba wykorzystania rozpoznawalnej marki, czy zwykły scam – jednoznacznej odpowiedzi nadal brak.

Przestępstwo bez ofiary i co dalej

Sprawa wpisuje się w szerszą dyskusję o tak zwanych przestępstwach bez ofiar. Kto właściwie został pokrzywdzony działalnością portalu? Osoby publikujące ogłoszenia robiły to dobrowolnie i płaciły za usługę, którą otrzymywały. Klienci korzystali z serwisu świadomie. Zwolennicy penalizacji kuplerstwa argumentują, że chodzi o prewencję – karanie za ułatwianie prostytucji ma utrudniać życie tym, którzy w rzeczywistości zajmują się handlem ludźmi. Krytycy odpowiadają, że to podejście prowadzi do absurdów: czy właściciel mieszkania wynajmujący lokal osobie prostytuującej się też jest kuplerem?

Zamknięcie flagowego serwisu nie oznaczało końca branży w Polsce. W sieci nadal funkcjonują dziesiątki podobnych platform – część na polskich domenach, część za granicą. Rynek podzielił się i zdywersyfikował, ale bynajmniej nie zniknął. Dla obserwatorów polskiego prawa to kolejny dowód, że regulacje dotyczące prostytucji dawno przestały przystawać do rzeczywistości i desperacko potrzebują przemyślenia na nowo.