Co mnie (nie)uwiera w prawie autorskim?
01 Mar 2014

Co mnie (nie)uwiera w prawie autorskim?

01 Mar 2014

5 marca upływa termin konsultacji, w ramach których obywatele Unii Europejskiej zostali zaproszeni do wymiany swoich doświadczeń i przemyśleń na temat prawa autorskiego. Sama inicjatywa cieszy się póki co umiarkowaną popularnością, a sprawa jest przecież ważna. Być może warto, by internauci poświęcili jej chwilę swojego czasu dziś, zamiast za kilka miesięcy rozczarowani i zaskoczeni wychodzić na ulice, jak miało to miejsce w przypadku trochę przesadnie niesławnej ACTA. Jeśli chcecie się wypowiedzieć np. w temacie torrentów, to teraz jest  najbardziej odpowiedni moment.

Kuba Danecki z Centrum Cyfrowego i conasuwiera.pl w trybie pilnym zebrał grupę wyśmienitych dziennikarzy, blogerów, prawników (jest mi bardzo miło, że znalazłem się w tym znamienitym gronie – pełna lista zaangażowanych poniżej) i w formie naszych opinii na temat oczekiwań dot. europejskiej reformy prawa autorskiego chcemy zachęcić Was do zabrania głosu w sprawie najbardziej nurtujących kwestii. Czasu zostało niewiele, pozwólmy europejskiemu ustawodawcy zrozumieć sposób myślenia jego obywateli.

Nieznajomość prawa autorskiego szkodzi

Prawo autorskie ma fatalną opinię, bardzo zresztą niesłusznie, ponieważ polska ustawa w wielu miejscach prezentuje niezwykle liberalny punkt widzenia. Za takie choćby prawo do dozwolonego użytku wiele oddaliby miłośnicy miękkich narkotyków, a przecież – w sporym uproszczeniu – w prawie autorskim od lat „ściga” się głównie „dilerów”. I to nie zawsze.

Istnieją trzy zasadnicze powody niechęci współczesnych społeczeństw do prawa autorskiego:

  • jego nieznajomość
  • roszczeniowa postawa, brak zrozumienia i szacunku do pracy twórców
  • rzeczywiste niedociągnięcia rozwiązań prawnych i twórcy nadużywający swych uprawnień

Jednym z impulsów zapalnych do stworzenia Techlaw.pl był cykl kilku kolejnych dyskusji na temat prawa autorskiego w internecie na łamach serwisu Wykop.pl – a w mojej ocenie akurat ta społeczność stara się aspirować do miana jednych z bardziej ambitnych, a na pewno biegłych w zagadnieniach technologicznych, przynajmniej w polskim internecie. Liczba powtarzanych tam mitów i „miejskich legend” o kasowaniu plików w ciągu 24h czy magicznym „prawie cytatu, które pozwala na wszystko” była zatrważająca.

[pullquote align=”right”]Za prawnoautorski dozwolony użytek wiele oddaliby np. miłośnicy miękkich narkotyków[/pullquote]Nie chciałbym w tym miejscu uciekać się do banałów w postaci rzymskich paremii, ale jest dostrzegalnym faktem, że dyskusja na temat prawa autorskiego w internecie w zdecydowanej większości prowadzona jest przez ludzi, którzy nie znają go wcale lub dysponują jego wypaczonym obrazem. Nie jestem do końca przekonany czy sprawiedliwym jest notoryczne krytykowanie ustawy, jaka by ona nie była, w oparciu o mylne wyobrażenia na jej temat.

Oczywiście są też osoby znające ustawę o prawie autorskim lepiej od niejednego twórcy. Mowa tu na przykład o profesjonalnych „piratach” i to takich, którzy  bardziej znani są z działalności społeczno-politycznej, niż wgrywania terabajtów plików na popularne serwery. Postulują oni znaczące ograniczenie lub zniesienie praw autorskich. Problematyka rozmowy z tym nielicznym gronem ogranicza się do wyciąganych wniosków i wizji świata. Choć się z nią zupełnie nie zgadzam to przyznaję – w tej materii rzeczywiście jest pole do dyskusji i to być może dyskusji, której właśnie w tych dniach życzyłaby sobie Unia Europejska.

Prawo autorskie jest od chronienia twórców

W tej dyskusji prawo autorskie występuje jako  główny obszar zainteresowania tematyki ochrony własności intelektualnej. No właśnie – własności, instytucji  najświętszej na gruncie prawa cywilnego. Powinniśmy unikać sytuacji, w których odbiorcy nawet nie tyle wywierają presję na artyście, co obwołują się dysponentami praw do jego twórczości.

[pullquote align=”right”]Spotify, Netflix, YouTube, Steam, itd. – żadna z tych cyfrowych platform dystrybucji dóbr kultury nie powstała w wyniku reformowania prawa autorskiego, stworzyły je potrzeby rynkowe[/pullquote]Niektórym uczestnikom dyskusji marzy się swoiste „wywłaszczanie” twórców z ich praw, powołują się tu na dobro publiczne, rozwój kultury, biblijne metafory z mnożeniem ryb na pustyni. Argumenty te zawsze potęgują we mnie liberalnego ducha, który na pierwszym miejscu stawia prawa rynku. To jest twórczość artysty/wydawcy, on z całą stanowczością ma prawo decydować co się z nią stanie (nawet jeśli kończy się to takim linczem jak swego czasu na Z. Hołdysie), już i tak z mocy prawa godzi się na wiele ustępstw (dozwolony użytek, egzemplarz obowiązkowy, itd.), ale jeśli w swoich oczekiwaniach przesadzi – pozwólmy rynkowi zweryfikować jego oczekiwania. Spotify, Netflix, YouTube, Steam, itd. – żadna z tych cyfrowych platform dystrybucji dóbr kultury nie powstała w wyniku reformowania prawa autorskiego, stworzyły je potrzeby rynkowe. Twórcy zaś, czasem niechętnie, dopasowali się do nich lub w mniejszym/większym stopniu wybrali zapomnienie. Wszyscy znamy wykresy, z których wynika, że piractwo zwiększa wyniki sprzedaży – jest ich tak wiele i pochodzą z tak wielu źródeł, że mechanizm ten najwyraźniej rzeczywiście działa. Ale to twórca ma prawo decydować czy się na to godzi, bo to co tworzy jest jego.

Prawo autorskie, wbrew często lansowanemu poglądowi, nie zostało stworzone po to, by reprezentować interesy internautów. Ono ma chronić artystów i ich wydawców, którzy w relacji tej występują w mniejszości. Nie może być tak, że warunki stawia twórcom prawnoautorski Euromajdan, który pisarzy, programistów czy wytwórnie muzyczne kreuje na wroga, skorumpowanego i pozbawionego skrupułów oligarchę, a naruszanie praw autorskich – na przejaw bohaterskiej walki z systemem. Takie myślenie to realne tendencje i zagrożenia.

Pojawiają się zarzuty, że Unia Europejska w tej materii tworzy prawo pod wielkie koncerny, ale ja przede wszystkim bardzo przestrzegam ustawodawcę przed proroszczeniowym populizmem. Dlatego od ewentualnej reformy oczekuję przede wszystkim nadal właściwego zabezpieczenia interesów autorów, to oni są bohaterami tej ustawy. Masy mogą nie rozumieć idei praw autorskich, dlatego na prawodawcy spoczywa szczególny obowiązek tworzenia narzędzi ich ochrony. Zresztą – nie tylko narzędzi, bo (jak zostało już wykazane) edukacja w tej materii także jest potrzebna.

Rewolucja nie jest potrzebna, ale wiele można poprawić

Bywają chwile, gdy jestem pod wrażeniem ustawy, która powstała w 1994, czyli w czasie kiedy znane dziś rozwiązania technologiczne: smartfony, tablety, cyfryzacja, streaming, itd. były obce. Gdy twórcy polskiego prawa autorskiego pracowali nad jego treścią, internet był mniej więcej tak samo powszechny dla społeczeństwa, jak dziś bezzałogowe loty na Marsa – coś tam, gdzieś  tam i to w dalekiej Ameryce. Pomimo rewolucji medialno-technicznej (no i oczywiście dzięki kilku nowelizacjom) ustawa posiada imponującą wręcz zdolność dopasowywania się do wymogów współczesnego świata. Podobnie wygląda to w sferze bardziej nowoczesnego, europejskiego prawa.

Dlatego nie uważam, by gruntowne zmiany w prawie autorskim były konieczne. Ono w wielu aspektach radzi sobie doskonale. Natomiast stale należy rozważać pewne korekty, ze szczególnym uwzględnieniem aspektów ochrony w świecie nowych technologii. Niestety, być może wiązałoby się to z wprowadzeniem do prawa szerszej kazuistyki. Może ona być niezbędna, ponieważ już chyba jakiś czas temu na horyzoncie pojawiła się granica stosowania tych samych przepisów do tak różnych tworów jak książki, filmy czy obrazki w internecie.

To zresztą ten internet jest największą zmorą ustawodawcy. Google czy Facebook każdego dnia są narzędziem, pośrednikiem i współwinnym naruszeń praw autorskich. Być może czerpiąc nieco inspiracji w dyrektywach odnośnie świadczenia usług drogą elektroniczną, być może dodając nieco od siebie, przydałoby się wreszcie rozwiązać niezwykle palące i budzące wątpliwości, dotyczące linkowania czy działania internetowych wyszukiwarek. Niby mamy ogólne przepisy o rozpowszechnianiu, które bardzo precyzyjnie mówią jak jest, z drugiej strony – nikt chyba nie jest zadowolony w bezrefleksyjnym rozciąganiu ich na niektóre dziedziny internetu.

Inną palącą kwestią jest ostateczny głos w sprawie dystrybucji cyfrowej. Do tej pory nie wiemy jak traktować dobra takie jak filmy zakupione w VOD czy gry z serwisu Steam. Europejski ustawodawca, ETS i serwisy zajmujące się tymi kwestiami grają ze sobą w kotka i myszkę, zręcznie wymieniając dyrektywy, wyroki i zapisy regulaminowe. Myślę, że ostatecznie wygra jednak model amerykański, zgodnie z którym dystrybucja cyfrowa nie ma przyszłości na rynku wtórnym, ale do tego czasu czeka nas sporo batalii i głośnych wyroków. Po drodze pewnie uda się wypracować kilka modeli kompromisowych, sam Steam jakiś czas temu zaoferował zresztą usługę dzielenia się grami w obrębie znajomych.

Organizacje Zbiorowego Zarządzania nie cieszą się dobrą sławą. To nie do końca wina ustawodawcy, sama inicjatywa jest zacna. Niestety, samowola ZAiKSu i jego kolegów, działanie na granicy prawa, swobodne podejście do swoich obowiązków, reprezentowanie niereprezentowanych klientów czy cała fala budzących kontrowersje decyzji sprawia, że być może w tym zakresie – w trybie najbardziej pilnym – europejskie prawo autorskie powinno okazać się bardziej rygorystyczne. Oczywiście względem warunków funkcjonowania OZZ, które być może warto by było określać w osobnym rozporządzeniu.

[pullquote]Prawa autorskie nie powinny hamować rozwoju sieci, ale też rozwój ten nie może być dobrem najwyższym, który beznamiętnie depcze po drodze twórców w ramach wyższego interesu.[/pullquote]Od nowego europejskiego prawa autorskiego oczekuję także równowagi. Z jednej strony ma ono skutecznie chronić twórców, pozwalając na łatwą i skuteczną walkę z różnymi formami pirackiej patologii, z drugiej – chronić użytkowników przed zakusami przesadnie pazernych autorów. Być może należałoby usprawnić i umocnić procedurę notice and takedown. Niech wydawca ma możliwość naprawdę szybkiego usuwania (albo raczej: tymczasowego ukrywania do momentu wyjaśnienia sporu) swoich treści. Ale w taki sposób, by – w przypadku nieuprawnionego  działania – bardzo żałował swojej nadgorliwości.

Mnie osobiście marzy się również wzorowana trochę na prawie karnym umyślność i nieumyślność naruszenia praw autorskich, co niestety może być trudne lub niemożliwie do zrealizowania w praktyce na gruncie prawa autorskiego. Szkoda, bo przecież czym innym jest podanie hiperłącza do strony, która dwa lata temu była szanowanym portalem, a dziś jest warezownią. Czym innym jest też świadome i pełne premedytacji rozsyłanie linków do Wilka z Wall Street.

Czekam też na rozwój problematyki dzieł osieroconych, to jest fantastyczna i względna nowość na gruncie prawa autorskiego, której powinno poświęcać się więcej uwagi.

Być może powinny pojawić się jakieś uszczegółowione kryteria szacowania szkody poniesionej przez autora.  Dziś te przesłanki bywają bardzo nieracjonalne, opiera się je na emocjonalnych wyliczeniach, zamiast na konkretnych liczbach (odsłonach, nakładzie). To też jest nieco naciągany postulat, ale jeśli europejski ustawodawca chce rewolucji w prawie autorskim, musi o takich rzeczach myśleć. Na pewno warto pomyśleć o jakiejś proporcjonalności. Jak bardzo słusznie zauważył na blogu cyberprawo.org Pan Zbigniew Okoń – prawo autorskie nie reguluje już wyłącznie relacji między profesjonalistami, wydawcą bywa też trzynastoletnia dziewczynka.

Nie lubię twardego, rygorystycznego, bezrefleksyjnego i nieelastycznego prawa. Lubię prawo, które – trochę w amerykańskim stylu – jest sztuką kompromisu, szuka rozwiązań win-win. Niech nowe prawo autorskie tworzy takie widełki, nić prostego porozumienia, czego zresztą zalążek mamy na łamach serwisu YouTube. „Hej, wykorzystałeś moje zdjęcie na swojej stronie internetowej? Na zdrowie, ale część przychodów reklamowych z tej i tej podstrony od tej chwili wędruje na moje konto”. Tutaj jednak chyba mniej do powiedzenia mają prawodawcy, a więcej… administratorzy sieci reklamowych? Google AdSense i spółka mogą mieć kiedyś w tej materii spore pole do popisu.

Wybaczcie jeśli przedstawione postulaty wydadzą się nieco zbyt ogólnikowe, ale cóż – taki przywilej blogera. Nie chciałbym być w skórze potencjalnego ustawodawcy. Po pierwsze – nie aspiruję, po drugie – prawdopodobnie próba praktycznego i rzetelnego przelania na normy prawne propozycji i oczekiwań internautów, z uwzględnieniem interesów autorów, może być karkołomna, jeśli nie… niemożliwa. Priorytetem jest jednak stworzenie przejrzystego prawa, które przede wszystkim skutecznie chroni twórców, a najlepiej by chroniło w taki sposób, by zarazem nie mogli oni nadużywać swoich uprawnień wynikających z tej ochrony.

Zasadniczym problemem prawa autorskiego jest jednak to, że jest ono nieprecyzyjne, niedokładne. Nawet osoby zainteresowane i praktykujące jego problematykę mają czasem problemy z właściwym stosowaniem tak prozaicznych konstrukcji jak choćby prawo cytatu. Na wiele pytań odpowiedzi musi znajdować dopiero sąd, który również ma przed sobą trudne zadanie… polegające na stworzeniu niemalże prawotwórczej wykładni. Być może zatem uchwalenie nowej, kompleksowej ustawy nie jest najgorszym pomysłem, choć prawdopodobnie okazałaby się niezwykle rozległym i jeszcze trudniejszym aktem.

Jeśli nie ochrona własności intelektualnej, która rozgrywa się głównie w internecie, to już naprawdę trudno mi sobie wyobrazić bardziej odpowiednią dziedzinę, by unijne prawo zjednoczyć. Prawo autorskie w Unii Europejskiej powinno być jednolite, ponieważ w sferze internetu trudno sobie wyobrazić znaczące różnice rynkowe – w sieci wszystko jest jednym rynkiem. To prowadzi do naturalnej refleksji, że z czasem do ujednolicenia przepisów warto nakłonić też Stany Zjednoczone, a potem i  inne kraje. Choć akurat odmienne, niejasne i zróżnicowane porządki prawnoautorskie przeważnie są atutem sprzyjającym piractwu.

Moja wypowiedź w skrócie? Przejrzystość, pilne powołanie nowych regulacji dla palących i budzących wątpliwości kwestii, tworzenie większej liczby kompromisowych rozwiązań. Ale wszystko to w pełnym poszanowaniu dla praw i priorytetowej pozycji twórcy.

Obecne prawo autorskie nie jest złe, a na pewno nie jest tak złe, jak powszechnie się sądzi. Wciąż można jednak zrobić w jego materii wiele dobrego. Dajcie Unii znać, przynajmniej w którym kierunku powinna podążać.

W powyższym temacie polecam również

VaGla • Edukator Medialny • Prawo Kultury •  IP Blog •  Co nas uwiera w prawie autorskim? • Lookreatywni • Widownia • Muzyka i Prawo • NaTemat • Własność Intelektualna w Praktyce • Centrum Cyfrowe • Radek Czajka • Cyberprawo.org • Prawo Muzyki

 Fot. tytułowa: Maria Elena/Flickr  ze zmianami, CC BY 2.0

Skomentuj
Czytaj także
Komentarze
  • Agnieszka Dąbrowska

    Właśnie, przy okazji różnych skądinąd słusznych propozycji na „rozprężenie” praw autorskich i dostosowanie ich do cyfrowej rzeczywistości zapomina się czasem o autorach i o tym, że „zdechły z głodu artysta nic nie urodzi”. I nie chodzi mi tylko o kwestie zarobków, ale ogólnie bardzo trudny do rozgryzienia problem „odzierania” twórcy z tego, co stworzył. Oczywiście gdy raz puści się coś w świat nie można mieć pretensji, że ludzie robią z tym co chcą. Chodzi tylko o to, by pierwotny twórca się po drodze nie zgubił.

    Bardzo mocno zgadzam się z tym, by wprowadzić jasną równowagę pomiędzy prawa twórcy (bo gdyby nie on, to w końcu nic byśmy nie mieli) a użytkowników.

Koniec