Głośna sprawa Oracle vs UsedSoft odbiła się szerokim echem w Europie latem 2012 roku, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej stwierdził, że odsprzedaż raz zakupionego oprogramowania nie jest niezgodna z prawem. W związku z tym wiele firm do dziś boryka się z jej konsekwencjami, a jednym z liderów walki o swoje jest system-gigant dystrybucji gier komputerowych – Steam.

Wielki amerykański koncern informatyczny Oracle oferował licencję na swoje programy opiewającą na 25 stanowisk, tym samym firma posiadająca ich – jak podaje przykład przytoczony w orzeczeniu – chociażby 27, zmuszona była nabyć dwie licencje. Z drugiej strony istniały firmy, które posiadały licencję na 25 stanowisk, a wykorzystywały ją tylko na części z nich, pozostawiając sobie tym samym wolne „sloty” licencyjne. UsedSoft z kolei było firmą zajmującą się pośrednictwem i sprzedawaniem „używanych” licencji, jak również redystrybucją ich części. Oracle taka praktyka się nie spodobała (trudno mi ich winić) i ze sprawą udali się do niemieckiego sądu, gdzie wygrali w I i II instancji. UsedSoft stwierdziło jednak, że jest to niezgodne z prawem wspólnotowym i o pomoc zwróciło się do Trybunału Sprawiedliwości.

TS dokonując wykładni europejskich dyrektyw uznał, że prawo do rozpowszechniania kopii programu komputerowego zostaje wyczerpane w momencie sprzedania jej pierwotnemu nabywcy, podkreślając przy tym, że przepisy nie precyzują czy dotyczy to wyłącznie kopii na nośnikach czy również ich elektronicznej wersji. Tym samym TS stwierdził, że kolejni posiadacze licencji na określony program  mogą zostać uznani za jego uprawnionych nabywców. Taka decyzja Trybunału wywołała prawdziwą panikę wśród coraz liczniejszego grona usług zajmujących się cyfrową dystrybucją gier i oprogramowania. W konsekwencji dochodziło do licznych zmian regulaminowych. Konsekwencją pamiętnego wyroku TS był fakt, że od tamtego czasu użytkownicy Steam nie są już tak naprawdę właścicielami swoich gier. Usługa je im tylko „wypożycza”, zmiany te zresztą wprowadzono w niezwykle brutalny sposób, graczy „wywłaszczano” zaś pod przymusem, a brak akceptacji nowego regulaminu wiązał się z utratą dotychczasowego konta i wszystkich, zgromadzonych na nim gier, zgodnie z treścią zapisów… od dawna w regulaminie się znajdującym.

Przed kilkoma dniami mogliśmy być świadkami kolejnych konsekwencji wspomnianej sprawy. Niemiecki odpowiednik UOKiKu pozwał Valve z racji braku możliwości odsprzedaży posiadanych gier, jak również użyczenia komuś swojego konta, podpierając się między innymi dyrektywami przywoływanymi w sprawie Oracle vs UsedSoft. Berliński sąd opowiedział się po stronie Valve. Niestety, nie dysponujemy jeszcze uzasadnieniem tego wyroku, natomiast w polskich i niemieckich mediach po raz kolejny rozgorzała dyskusja na temat prawa do odsprzedaży oprogramowania.

W mojej ocenie, na decyzję sądu w Berlinie wpłynęły dwie zasadnicze kwestie. Pierwszą z nich jest brak klarownej definicji gry komputerowej w prawie naszych zachodnich sąsiadów, ale i w prawie europejskim, jak również w prawie polskim (wspominałem o tym przy okazji „YouTube a prawo„, jak również sprawy „Nintendo vs PC BOX„). Sądy coraz częściej poddają wątpliwości czy utwory tego typu należy traktować jako program komputerowy czy też utwór audiowizualny, a być może jakąś hybrydę tychże.  Takie rozwiązanie pozwala z kolei niemieckiemu sądowi dość swobodne i wybiórcze odnoszenie się do treści dyrektyw, w zależności od tego, pod którą kategorię dopasują grę komputerową w momencie orzekania.

Drugą, zdaje się – istotniejszą i moim zdaniem kluczową z punktu rozumowania sądu kwestią, jest fakt, że Steam w sierpniu 2012 wywłaszczył graczy z ich gier, a następnie nadał im status subskrybentów. Obecnie eksponuje to niezwykle wyraźnie, w punkcie pierwszym regulaminu swojej usługi. Obrazuje to kierunek, w którym będą podążali producenci usług pośredniczących i obsługujących oprogramowanie w przypadku dalszych nacisków ze strony europejskich wymiarów sprawiedliwości. Według mnie stawianie znaku równości pomiędzy oprogramowaniem na nośnikach, a tym w postaci cyfrowej może, ale nie musi być właściwym tokiem rozumowania ze względu na niezwykle złożoną specyfikę usług takich jak Steam, które nie stanowią jedynie pośrednika w procesie sprzedaży, a coś na kształt swoistego systemu operacyjnego dla graczy. W tej sytuacji należy jednak zadać sobie pytanie nad steamowym przymusem stosowanym przez niektórych producentów (jednak jest to już pytanie, którego adresatem powinni być twórcy gier).

Gwoli sprawiedliwości należy dodać, że Steam stał się „twarzą” tej antyodsprzedażowej walki z Unią Europejską, ale z podobnych zapisów regulaminowych, pozwalających na omijanie prawa unijnego, jak również stanowczego braku infrastruktury technicznie umożliwiającej odsprzedawanie aplikacji, korzysta przecież Google Play, AppStore i wiele innych sklepów z oprogramowaniem.