Prawo Nowych Technologii

naruszenie dóbr osobistych

Viewing posts tagged naruszenie dóbr osobistych

Uważaj kogo przypomina bohater Twojej książki – wyrok ws. Rosati vs Żuławski

Ciekawy wyrok, szczególnie dla autorów książek, wydał dziś warszawski Sąd Okręgowy w sprawie, której stronami byli: aktorka Weronika Rosati oraz reżyser Andrzej Żuławski.

Celebryci rzekomo spotykali się ze sobą przed kilkoma laty, co wzbudzało zresztą umiarkowane zainteresowanie prasy brukowej, a jakiś czas po rozstaniu reżyser opublikował książkę zatytułowaną „Nocnik”, co do której pojawiły się podejrzenia, że jest fabularyzowaną formą autobiografii autora. Jednym z jej bohaterów była również Esterka, w której media zaczęły upatrywać postać Weroniki Rosati. Bohaterka – ponoć – fikcyjna, była w wieku jej rzeczywistej odpowiedniczki, na kartach powieści miała romans z reżyserem, była również bohaterką telewizyjnych programów i tabloidów. Autor również w niewybredny sposób komentował dorobek Esterki, wskazując, że „ma rozumowanie i język ladacznicy”, a rodzice wysłali córkę do Hollywoodu, „pakując ją w ramiona producentów” (wyborcza.pl).

Różnej maści opisy i uszczypliwości w kierunku fikcyjnej Esterki doprowadziły do tego, że aktorka zaczęła w niej rozpoznawać samą siebie, masowo wytykały to zresztą plotkarskie portale, jak również recenzenci. Ostatecznie więc Weronika Rosati zdecydowała się wystąpić z pozwem wobec Andrzeja Żuławskiego i jego wydawcy w związku z naruszeniem dóbr osobistych. W 2010 roku decyzją sądu wstrzymano sprzedaż książki, a dziś zakończył się kolejny rozdział tego sporu. Niestety – Sąd nie zdecydował się na upublicznienie uzasadnienia do wyroku.

Jego postanowienia są jednak jawne. Sąd nie zdecydował się na definitywne wycofanie książki ze sprzedaży, jak również usunięcia spornych fragmentów dotyczących Esterki (łącznie 160 stron), zaś z żądanej kwoty 200 000 złotych odszkodowania, zasądzono połowę tej kwoty, do zapłaty solidarnie przez wydawcę i autora „Nocnika”. Reprezentantka procesowa powódki nie jest jednak zadowolona z tego wyroku i być może doczekamy się apelacji, przynajmniej co do części tego wyroku. Prof. Grażyna Borkowska, historyk literatury z Instytutu Badań Literackich PAN i biegła w sprawie przed rokiem mówiła o wyroku w ten sposób:

„Nocnik” jest powieścią udającą dziennik, a nie dziennikiem udającym powieść; nie można utożsamiać autora z narratorem, ani postaci z żywymi osobami (…) Narrator nie musi wypowiadać opinii autora. Gdyby tak było, setki artystów stawałoby przed sądami. Ta praktyka co najmniej od końca XIX wieku ustaje. (…) Książka jest (dop. – autora) uwikłana w rzeczywistość i fikcyjne postaci mają odniesienia do rzeczywistości”.”. (tvn24.pl)

Ostatecznie jednak Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował się potępić „Nocnik” i przychylić do postulatów powódki. Moja opinia w tej sprawie jest następująca – to dobry wyrok Sądu. Pomimo licznych obaw dotyczących cenzury prewencyjnej (Trybunał Konstytucyjny w międzyczasie trwania sprawy stwierdził, że blokowanie dystrybucji książki nie jest niezgodne z prawem, ale należy określić ramy czasowe takiej decyzji) i ograniczania wolności działalności artystycznej, jestem wielkim zwolennikiem wiary w racjonalne sądownictwo – i tym razem się nie zawiodłem.

Książka „Nocnik” wydaje się być specyficznym utworem, który w sposób niebywale precyzyjny upodabnia postać fikcyjnej Esterki do aktorki Weroniki Rosati, dokładając przy tym sporej staranności i licznych biograficznych nawiązań, by identyfikacja ta była możliwie prosta. Sytuacja, w której autor zasłania się wolnością działalności artystycznej w celu stworzenia dzieła w sposób jawny i oczywisty szkalującej inną osobę jest niedopuszczalna. Sztuka wielokrotnie udowadnia, że może więcej, ale nie jest pozycją eksterytorialną na gruncie respektowania prawa. Zmiana imienia i mało istotnych detali pozwalają podejrzewać, iż autor nie dochował staranności w związku z próbą ukrycia tożsamości postaci kryjącej się za jego bohaterką, a być może nawet – jego intencją było to, by postaci te zostały ze sobą powiązane. Trudno jest też doszukiwać się tutaj znamion szczególnie chronionej na gruncie prawa satyry.

Wyrok jest sprawiedliwy, a przy tym okoliczności jego wydania nie stwarzają zagrożenia kolejnych pozwów dopatrujących się niebezpiecznego podobieństwa Lorda Voldemorta do nielubianego polityka.

Fot. tytułowa: D. Sharon Pruitt/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Kolejny polski sąd próbował uporać się z linkami

Czasy się zmieniają, ale polskie sądy zawsze mają problem z linkowaniem.

Po raz pierwszy, na poważnie, tematem próbował zająć się Sąd Apelacyjny w Krakowie, już w 2004 roku. Pomyliło im się tam wszystko, linkowanie z deeplinkowaniem, domeny z subdomenami, pisałem o tym zresztą przy okazji wpisu „Dlaczego Kinomaniak musiał zniknąć?„. Można było te błędy wybaczyć, polski internet dopiero czekała premiera Naszej-Klasy i wielkiego boomu technologicznego, a skład sędziowski po raz pierwszy musiał mierzyć się z tematem tak trudnym, że nawet amerykańskie i europejskie orzecznictwo spiera się co do tego, jak te nieszczęsne hiperłącza traktować.

Co znamienne, wspomniana sprawa z 2004 roku dotyczyła naruszenia dóbr osobistych, choć wyrok od tamtego czasu z entuzjazmem często rozciąga się przeważnie na prawa autorskie. I – pomimo licznych zastrzeżeń co do jego merytorycznej wartości – polskie sądy i doktryna otaczają go szczególnym autorytetem.

Bohaterem dzisiejszego wpisu będzie jednak jeszcze gorący Wyrok Sądu Apelacyjnego w Katowicach z dnia 18 grudnia 2013 r. (V ACa 524/13), który po raz kolejny zadziwił opinię publiczną nieczęsto przedostającym się do niej faktem, że za podanie odnośnika może grozić odpowiedzialność prawna. Zdziwienie mediów jest nieuzasadnione, ponieważ niedługo będziemy mieli dokładnie dziesiątą rocznicę tego, jak do podobnego wniosku doszedł wspomniany krakowski sąd apelacyjny.

Stan faktyczny

A o co chodziło w sprawie przed tym katowickim? Względem kierowcy prezydenta jednego z miast pojawił się zarzut kradzieży benzyny z służbowego samochodu. W materiale telewizyjnym pokazano zawiadomienie do Prokuratury, natomiast osoby oglądające go mogły z łatwością zapoznać się z jego treścią, a w nim znalazły się między innymi treści naruszające dobra osobiste powoda (kierowcy), w tym wskazujące jego dane, jak również informacje o kierowanych względem niego zarzutach. Kierowca uznał to za naruszenie dóbr osobistych, dość płomiennie powołując się pozwie na pogorszenie stanu psychicznego, społecznych relacji, itd. Jednakże we wspomnianej w niniejszym wpisie sprawie to nie stacja telewizyjna wystąpiła w roli pozwanego, to by było zbyt proste (wcześniej w tej materii odbyła się osobna sprawa, która zakończyła się ugodą między powodem a telewizją). W wyniku ugody stacja telewizyjna usunęła również materiał ze swojej strony internetowej.

Sprawę opisał również portal internetowy, a na swoich łamach – oprócz treści – zawarł link do wspomnianego materiału filmowego. Co ciekawe, sam pełnomocnik powoda uznał, że artykuł nie naruszał dóbr osobistych, naruszał je link do filmu, który – i tu ciekawe – portal uznał za „swój własny”. Na jakiej podstawie wywnioskował to pełnomocnik? Pod wpisem znajdowała się adnotacja o treści „Informacja własna„. Pozwany zaprzeczył, że film uznał jako własny, wskazał, że posługuję się tylko linkiem, a badający sprawę sąd okręgowy oddalił to powództwo. Abstrahując od argumentów Sądu związanych z art. 24 § 1 KC i przepisami prawa prasowego, dotyczących wypowiedzi i jawności życia publicznego oraz kontroli i krytyki społecznej i szczególnych w tym zakresie mediów, z punktu widzenia dyskusji o linkowaniu ciekawe wydaje się stwierdzenie:

 Zamieszczenie odnośników innych redakcji, kierujących do zapoznania się z danym materiałem jest dopuszczalne i bezpłatne, wymagane jest jednak podanie źródła pochodzenia tematu. Pozwany ostatecznie jednak usunął ten link.

Dalej Sąd pisał również:

Co prawda z treści przekazu filmowego wynika, że materiał ten dotyczy powoda, bowiem w liście anonimowym, w nim przedstawionym zauważyć można jego imię i nazwisko, to jednak trudno uznać, że działanie pozwanego było bezprawne. Pozwany, bowiem skorzystał jedynie z możliwości umieszczenia na swojej stronie odnośnika do tego materiału, kierującego na inną stronę internetową, która nie należy do niego. Pozwany zamieszczając ten link, jednocześnie powiadomił o jego źródle i przekierowaniu na inną stronę internetową. Twierdzenie, że pozwany uznał materiał prasowy (…) jako własny także nie znajduje akceptacji. W ocenie Sądu stwierdzenie „informacja własna” odnosi się jedynie do tekstu opublikowanego przez pozwanego, tj. do artykułu „(…) ?” a nie do odnośnika kierującego do obejrzenia materiału (…), w tym celu pozwany, dość dużą czcionką poinformował, że publikacja audiowizualna jest materiałem Telewizji (…).

dostrzegając przy tym, że powód pozwał już Telewizję i otrzymał rekompensatę za opublikowanie jego danych w materiale firmowym. Pełnomocnik powoda nie zgodził się jednak z takim postawieniem sprawy i zdecydował się na apelację zarzucając sądowi okręgowemu m.in. błędy w ustaleniach sądu z zebranym materiałem dowodowym.

„Sąd Apelacyjny zważył, co następuje”

Z tym ostatnim argumentem Sąd Apelacyjny się nie zgodził, zwracając uwagę, iż w treści apelacji nie znalazły się nawet precyzyjnie określone zarzuty co do rozbieżności wniosków sądu orzekającego w I instancji i materiału dowodowego.

Sąd Apelacyjny odniósł się natomiast do prawnego statusu linku. Co ciekawe, tym razem zdecydowano się pójść w kierunku interpretowania problematyki linkingu jako specyficznej metody realizowania prawa cytatu.

Nie jest to więc, jak chce powód, materiał własny pozwanego lecz sytuację taką można przyrównać do tej, w której materiał prasowy powołuje się na inny materiał w drodze cytatu, bez zmiany ingerencji w treść tego innego materiału.

Dalsza część wyroku Sądu Apelacyjnego zaczyna jednak uderzać w nieco inny ton, zdecydowanie mniej korzystny dla pozwanego.

Gdyby bowiem taki link nie został zamieszczony dostęp do witryny, której link dotyczył, wymagałby nie tylko znajomości adresu tej witryny ale także wiedzy użytkownika portalu pozwanego o tym, że kwestie poruszane w zamieszczonej przez pozwanego informacji były także przedmiotem materiału telewizji (…)

Sąd linkowanie do zewnętrznego materiału uznał za element pracy dziennikarza, zbliżony do prac nad samym tekstem. Jednocześnie podkreślił, że w świetle przepisów kodeksu cywilnego i prawa prasowego bezprawność takiego działania może zostać wyłączona tylko przy dochowaniu należytej staranności,

Pozwany nie wykazał tego by ujawnienie danych osobowych powoda – kierowcy samochodu służbowego w kontekście informacji o nieprawidłowościach w rozliczeniu zużycia benzyny służyło interesowi publicznemu ani też tego by odwołując się do cudzej wypowiedzi, której elementem było ujawnienie danych osobowych powoda, pozwany zachował się w sposób, o którym mowa w art. 12 ust. 1 Prawa prasowego. O ile bowiem, w interesie publicznym leżało ujawnienie zdarzeń, które doprowadziły do powiadomienia przez Prezydenta J.stosowanych organów o możliwości popełnienia przestępstwa w związku z rozliczeniem paliwa w samochodach służbowych o tyle szczególna staranność i rzetelność nakazywała pozwanemu sprawdzenie powołanego cudzego materiału dziennikarskiego pod względem jego zgodności z obowiązującym prawem, w szczególności zaś z prawem prasowym. Tymczasem stosownie do art. 13 ust. 2 Prawa prasowego nie wolno publikować w prasie danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze lub sądowe, chyba że osoby te wyrażą na to zgodę.

W świetle niedopełnienia przez portal internetowy wynikających z przepisów prawa obowiązków dotyczących dziennikarskiej rzetelności, roszczenie z tytułu naruszenia dóbr osobistych adresowane względem tego portalu było w ocenie Sądu zasadne.

Tajemnicze groźne linki

Moja opinia w powyższej sprawie jest następująca. Po raz kolejny mamy przypadek orzeczenia sądu w sprawie linkowania, które budzi kontrowersje i wątpliwości. Motorem napędowym tych dylematów jest praktyka – każdego dnia w sieci pojawiają się miliony linków, wśród których większość mogłaby w jakiś sposób zostać uznana za naruszające prawo. Osoba podająca odnośnik do określonej strony przede wszystkim nie musi mieć wiedzy, że dana strona łamie prawo, narusza prawo autorskie czy czyjeś dobra osobiste. Prawo cywilne jest w tej materii jednak dość bezwzględne, koncentrując się na konsekwencjach, a nie intencjach linkującego.

Sam link jako konstrukcja techniczna, owoc wyświetlania przez przeglądarkę poleceń zakodowanych w języku HTML nie stanowi naruszenia prawa, do naruszenia prawa może dojść dopiero w połączeniu go z zawartością docelowej stron. Jest to szczególnie niebezpieczne, ponieważ linkujący nie ma możliwości kontrolowania tego, co dzieje się na stronie, do której odsyła, weryfikacji tej treści, ale przede wszystkim – weryfikacji tego co stanie się z nią w przyszłości. Link o treści „Idiota” prowadzący do serwisu humorystycznego z zabawnym filmikiem pewnego dnia (w skutek np. przekierowań) może prowadzić do strony internetowej np. głowy państwa i przysporzyć jego twórcy istotnych problemów. Podobnie z sytuacją, gdy podajemy link do strony – jak nam się wydaje – z informacjami sportowymi, a po roku znajdują się na niej treści naruszające prawo autorskie albo nawet z moralno-prawnego punktu widzenia jeszcze gorsze i dla rozpowszechniającego bardziej niebezpieczne… Mam nadzieję, że w świetle powyższych argumentów Czytelnik rozumie dlaczego linkowanie jest kwestią tak niezwykle delikatną.

Niestety, jak dotąd nie spotkałem się z głośnymi sprawami, w których za linkowanie odpowiadaliby na przykład piraci pojawiający się na forach typu Polish Elite Board. Przeważnie konsekwencje ponoszą nieświadomi internauci, jak chociażby we wspomnianej sprawie z 2004 roku, gdzie krakowski sąd wydał wątpliwiej jakości wyrok. Wydaje się, że w tej kwestii niezbędna będzie nowelizacja europejskiego i polskiego prawa, co zapewne nastąpi w przyszłości. Do tego czasu pozostaje jednak liczyć na zdrowy rozsądek polskich sądów, które – niestety – w granicy prawa cywilnego rzeczywiście są dość mocno związane koniecznością analizowania konsekwencji, a nie intencji linkującego.

Jednakże wyrok w powyższej sprawie wydaje się – mimo licznych wątpliwości – słuszny. Pozwanym nie jest osoba prywatna, a redaktor, względem którego obowiązują normy etyki zawodowej wynikające z prawa prasowego. To jest niestety błąd jednego z dziennikarzy, który nieświadomy pewnej nowej praktyki poszedł „na pierwszy ogień”, a na jego przykładzie zapewne uczyć się będzie wielu branżowych kolegów. Otóż Sąd Apelacyjny w Katowicach stwierdził, że link stanowi element publikacji zbliżony w swojej istocie do cytatu i dziennikarz, dokonując rozpowszechnienia, odpowiada za zawartość znajdującą się pod linkiem w takim samym stopniu jak względem całego swojego artykułu. W opinii Sądu, potwierdzonej w przepisach prawa, autor powinien dochować należytej staranności, badając czy przywoływany materiał filmowy nie narusza cudzych praw.

Uznałem ten wyrok za uzasadniony w świetle obowiązujących przepisów, nie oznacza to jednak, że mi się on podoba (wręcz przeciwnie). W idealnym stanie prawnym zdecydowanie bardziej sensowna wydawałaby się argumentacja przyjęta przez sąd okręgowy. Jednocześnie – jest to wyłącznie efekt moich autorskich przemyśleń, a i zastrzegam prawo do zmiany tego zdania w ramach nabywania zawodowego doświadczenia  – bardziej właściwa byłaby koncepcja, która zwiększa odpowiedzialność wyłączną Telewizji, która pierwotnie naruszyła dobra osobiste, po uwzględnieniu tego, ile mediów powołało się na jej materiał. To jednak wymagałoby nie tyle wprowadzenia kazuistyki dotyczącej linków, co zmian w prawie prasowym.

Przy okazji warto też wspomnieć, że istnieje jeden wyjątek, gdy od odpowiedzialności karnej i cywilnej jesteśmy zwolnieni powołując się na cudze publikacje prasowe. To Polska Agencja Prasowa, której szczególnemu autorytetowi oraz kwestiom związanym z prawem autorskim poświęciłem osobny wpis na łamach TechLaw.pl.

Za szybkie podesłanie sprawy dziękuję jak zawsze nieocenionemu Mateuszowi.
 Fot. tytułowa: Anthony Ryan/Flickr  ze zmianami, CC BY-SA 2.0

Google Street View a prawo – wizerunek i dobra osobiste

Usługa Street View jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych w ofercie technologicznego giganta. Niektóre kraje stanowczo zamknęły swoje granice dla intrygująco wyglądających samochodów, a samo Google wielokrotnie dawało ku temu powody wpadkami, jak choćby wtedy, gdy Amerykanie przyłapali ich na zbieraniu przez pojazdy danych z niezabezpieczonych sieci WiFI. 

Również polskie organy, z Generalnym Inspektorem Ochrony Danych Osobowych na czele, wyrażały do niedawna szereg wątpliwości co do skanowania rodzimych ulic przez usługę Street View. GIODO niezwykle celnie postulowało m.in. o konieczności uprzedniego ostrzegania przez przejeżdżające samochody o możliwości znalezienia się w obrębie fotografii (niedawno na podobny pomysł wpadła Unia Europejska) czy dopisania kierowców tych samochodów do ewidencji osób przetwarzających dane osobowe. Jednym z wyrazów kompromisu pomiędzy Google, a sceptycznymi państwami stało się wyraźne zobowiązanie do „zamazania” wszelkich elementów, które mogłyby ingerować w prywatność uwiecznionych jednostek – ze szczególnym uwzględnieniem twarzy i tablic rejestracyjnych. Innym – utrzymanie kamery na określonej wysokości, tak by „nie zaglądać ludziom do ogródka”. Szereg wątpliwości społecznych dotyczących samej usługi w bardzo zręczny sposób zebrała w tym artykule Pani Kinga Matałowska.

Jednakże w mojej ocenie specyfika działania, interes publiczny oraz liczba zalet Google Street View wciąż przeważają nad potencjalnymi niedogodnościami. Nie oznacza to jednak, że wobec usługi powinniśmy być bierni, gdy pojawia się ryzyko, że narusza nasze prawa.

Naruszenie wizerunku przez GSV

Przede wszystkim samo Google zdaje sobie sprawę ze swojej niezbyt mocnej pozycji w ewentualnym sporze. Jeżeli w ramach usługi odnajdziemy zdjęcie, na którym znajduje się nasza twarz, rodzina, tablica rejestracyjna, samochód czy nawet cały dom – możemy domagać się od Google zamazania tych elementów korzystając z przycisku „zgłoś problem”. Do niedawna tego typu fotografie można było z usługi usunąć w całości, niestety obecnie ograniczono tę opcję wyłącznie do elementów nagości i przemocy.

Internauci przerzucają się w przykładach problemów, które mogą sprawiać niefortunne fotografie Google Street View. To rozmaite źródła wiedzy dla różnej maści przestępców,  pozwalają ustalić konkretną datę pobytu gdzieś określonej osoby, a kierowców (czasem nawet funkcjonariuszy publicznych) przyłapują na braku zapiętych pasów w samochodzie. Czasem zamazanie określonych elementów nie rozwiązuje problemu w stopniu dostatecznym, na dodatek może być już zbyt późno no naprawienie nieodwracalnej szkody powstałej w wyniku funkcjonowania usługi GSV.

W mojej ocenie dochodzenie swoich praw w drodze procesu cywilnego skierowanego przeciwko usłudze Google jest możliwe, jednakże od wielu czynników może być uzależnione czy decyzja Sądu okaże się dla nas przychylna. Jak głosi ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych:

Art. 81. 1. Rozpowszechnianie wizerunku wymaga zezwolenia osoby na nim przedstawionej. (…) 2. Zezwolenia nie wymaga rozpowszechnianie wizerunku: (…) 2)   osoby stanowiącej jedynie szczegół całości takiej jak zgromadzenie, krajobraz, publiczna impreza.

Zdecydowaną większość zdjęć znajdujących się w bazie Google Street View można rozpatrywać w kategorii zgromadzeń i krajobrazów. Ich intencją nie jest tworzenie fotografii konkretnych jednostek, a jedynie przestrzeni jako takiej. Co do zasady rozpowszechnianie czyjegoś wizerunku wymaga uzyskania zezwolenia (wypłata wynagrodzenia za użyczenie wizerunku pozwala domniemywać istnienie takiego zezwolenia). Wyjątkami są sytuacje, gdy mówimy o osobach publicznych lub elemencie większej całości, choć i w tej materii należy mieć pewne wątpliwości co do interpretacji tekstu ustawy. Celebryta podczas wizyty u bliskiej rodziny w szpitalu nie pełni swojej publicznej funkcji. Jeżeli organizator publikuje na swojej stronie internetowej zdjęcia z koncertu, na którym znaleźliśmy się w szerszym gronie osób – trudno tu mówić o naruszeniu wizerunku. Z drugiej strony, gdyby jakaś firma decydowała się wykorzystywać takie materiały np. w prasowej reklamie sieci komórkowej czy popularnego napoju energetycznego – trudno jest tu mówić o wyłączeniu bezprawności takiego naruszenia. Wiele więc zależy od odpowiedniego przedstawienia sytuacji. Czy fotografie Google Street View stanowią jakąś większa całość? Moim zdaniem, choć to tylko prywatna opinia, jak najbardziej tak, co więcej – trudno argumentować, by były wykorzystywane w jakimś komercyjnym celu. Google chce pokazać polskie ulice, ułatwiać podróżowanie po nieznanym. To wielki argument działania w ramach publicznego interesu.

Oznacza to też, że czasem wykonane w tym samym czasie zdjęcia, przestawiające tę samą sytuację, gdy jedno jest rozpowszechnione w ramach usługi Google Street View, a inne opublikowane na przykład na łamach serwisu humorystycznego, można interpretować zupełnie inaczej, a internauci nabijający się  z jakiegoś nieszczęśnika nie muszą cieszyć się z taką samą wyrozumiałością sędziego jak w sporej mierze zautomatyzowany proces fotografowania polskich ulic w celu stworzenia ich interaktywnej mapy. Swego rodzaju dopełnieniem powyższych rozważań jest Wyrok Sądu Apelacyjnego w Łodzi z dnia 28 sierpnia 1996 r. (I ACr 341/96) głoszący, iż

o dokonaniu naruszenia dobra osobistego decyduje obiektywna ocena konkretnych okoliczności, nie zaś subiektywne odczucie osoby zainteresowanej.

Nie jestem do końca przekonany czy wyrok był słuszny w sprawie, której dotyczył, natomiast w ogólnym rozrachunku prezentuje słuszną tendencję interpretowania sytuacji naruszenia wizerunku.

Google Street View a dobra osobiste

Idąc tropem moich prywatnych przemyśleń w tej sprawie, wydaje się więc, że zarzut bezprawnego rozpowszechniania wizerunku w czysto prawnoautorskim rozumieniu w przypadku popularnej usługi byłby trudny do uargumentowania i zdecydowanie lepiej skierować się w tym wypadku w kierunku naruszenia jakże uniwersalnego, stale rosnącego katalogu dóbr osobistych, który pozostawia nam większe pole manewru, nie tylko na gruncie wizerunkowym.

Art. 23. (KC) Dobra osobiste człowieka, jak w szczególności zdrowie, wolność, cześć, swoboda sumienia, nazwisko lub pseudonim, wizerunek, tajemnica korespondencji, nietykalność mieszkania, twórczość naukowa, artystyczna, wynalazcza i racjonalizatorska, pozostają pod ochroną prawa cywilnego niezależnie od ochrony przewidzianej w innych przepisach.

Pod ten zbiór można podciągać nie tylko obawę przed rozpoznaniem twarzy czy sylwetki, ale też obawę o własne życie, życie naszych bliskich, bezpieczeństwo domu, samochodu, strach przed stalkerami, naruszenie dobrego imienia, itd. Czasem można odnieść wrażenie, że katalog zagrożonych dóbr osobistych ograniczany jest tylko ludzką fantazją. Istotne jest jednak, by czyn naruszający nasze dobre osobiste był działaniem bezprawnym. Czy samochody Google Street View działają w sposób niezgodny z prawem? Nie, ale…

Pewien Francuz pozwał Google za umieszczenie w Street View fotografii, na której przyłapano go na – nazwijmy to – „nawadnianiu” ogródka. W odróżnieniu od wielu bohaterów GSV tak tłumnie prezentowanych w serwisach humorystycznych, tym razem bohater zdjęcia nie znajdował się w przestrzeni publicznej, był na swojej posesji. Również na gruncie polskiego prawa okoliczność tego rodzaju byłaby niewątpliwie sprzyjająca naszej sprawie, zaczynając już od samej Konstytucji, która szczególną opieką otacza prawo do prywatności.

Czy utrwalanie i rozpowszechnianie zdjęć, na których samochód Google Street View „przyłapał” kogoś w kompromitującej sytuacji, jednocześnie odbywało się to w okolicznościach umożliwiających łatwą identyfikację personaliów tej postaci może stanowić naruszenie dóbr osobistych? Moim zdaniem jak najbardziej tak, a to wiązałoby się z kolei z koniecznością usunięcia zdjęć z bazy serwisu, a nawet wypłaty zadośćuczynienia pokrzywdzonemu.

Z niecierpliwością czekam, aż po raz pierwszy z Google Street View – właśnie w kontekście naruszania wizerunku i innych dóbr osobistych – zmierzą się polskie sądy. Rozstrzygnięcia mogą być bardzo ciekawe, choć kluczowym aspektem mogą być zapewne okoliczności wykonanych zdjęć i konsekwencje ewentualnych naruszeń.