Prawo Nowych Technologii

Prawo po godzinach

Viewing posts from the Prawo po godzinach category

Polacy rozdają swoją grę „This War of Mine” za darmo… piratom

Być może nie pamiętacie lub rynkiem gier video nie interesujecie się szczególnie mocno, ale były takie czasy, że polskie gry w zdecydowanej większości były jak współczesne polskie komedie – złe lub bardzo złe. W ciągu ostatniej dekady wiele się w tej kwestii zmieniło, a Polacy nie tylko tworzą świetne, dopracowane produkcje, ale na dodatek radzą sobie z PR-em lepiej niż korporacje o budżetach promocyjnych sięgających nawet setek milionów dolarów.

Read More

„Selfie” Jacka Kurskiego – analiza prawna

Od momentu, kiedy Jacek Kurski opublikował swoją „selfie” z ukraińskiego Majdanu minął miesiąc, ale fenomen pamiętnej fotografii wśród internautów nie słabnie. W pomysłowy sposób parodiują tupet i brak wyczucia polityka Solidarnej Polski, rozsyłając sobie po internecie dowcipne przeróbki.

Zainspirowany nieco rozważaniami dotyczącymi zdjęcia Bradleya Coopera z gali rozdania tegorocznych Oscarów postanowiłem przyjrzeć się bliżej karierze fotografii polskiego europarlamentarzysty – tym razem od strony prawnej. Pomijając już fakt, że w rzeczywistości internetowej bardzo trudno respektować prawa autorskie, a i nawet sami twórcy często nie przywiązują do nich uwagi, spróbowalem odpowiedzieć na czysto teoretyczne pytanie – czy internauci mogą nieświadomie naruszać prawa Jacka Kurskiego?

Wizerunek i inne dobra osobiste

O problematyce wizerunku dość szeroko pisałem już we wpisie odnośnie Google Street View oraz prawa na YouTube. Jako osoba publiczna, Jacek Kurski musi liczyć się z węższym zakresem ochrony prawnej w tej materii. Można przyjąć, co zresztą sam poseł utrzymuje, że zdjęcie zostało wykonane w toku pełnienia funkcji publicznych. Tym samym w związku z art. 81 ust. 2 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych, szeroka ochrona politykowi w tym zakresie nie przysługuje. Warto jednak mieć na uwadze orzecznictwo i poglądy doktryny, które w racjonalny sposób wzbogacają przepis o dodatkowe refleksje. Użycie twarzy Jacka Kurskiego w przeróbce wulgarnej, obraźliwej, mogłoby zostać uznane za naruszenie dóbr osobistych posła. Również próba wykorzystania jego twarzy w działalności reklamowej, a w minionym miesiącu widziałem takie tendencje, może stanowić wykroczenie poza bardzo liberalne przepisy dotyczące wizerunku osób publicznych. Część działalności żartującej sobie z popularnego polityka może także znajdować uprawnienia w wynikających z prawa prasowego przepisów o satyrze, potwierdzonych wyrokiem Sądu Najwyższego z 20 czerwca 2001 r. (I CKN 1135/98).

Jacek Kurski a prawo autorskie

Zdecydowanie mniej jednoznaczna jest sytuacja, w której omawiamy ewentualność naruszenia praw autorskich do zdjęcia Jacka Kurskiego. Z charakteru publikacji oraz wypowiedzi samego europarlamentarzysty wynika, że autorem kontrowersyjnej fotografii jest on sam. To tak zwana – i coraz bardziej popularna – „selfie”, „słitfocia” i zjawisko, które ma jeszcze kilka innych, niestety mniej cenzuralnych, określeń. Komu w takiej sytuacji przysługują prawa autorskie do utworu?

Być może mądrzejsi ode mnie konstytucjonaliści i profesorowie prawa autorskiego mogliby spróbować doszukiwać się jakiejś szczególnej konstrukcji praw do utworu stworzonych przez funkcjonariusza publicznego w trakcie jego działalności publicznej. Zdecydowanie stroniłbym też od teorii zgodnie z którą prawa autorskie przysługują w takich sytuacjach „pracodawcy” (po pierwsze, w przypadku parlamentarzystów i europarlamentarzystów, Jednakże na tę chwilę w świetle powszechnie znanych przepisów prawa autorskiego i ich interpretacji, wszelkie prawa do „selfie” Jacka Kurskiego przysługują jej autorowi – Jackowi Kurskiemu. Tym samym swobodne rozsyłanie sobie fotografii może naruszać prawa posła.

Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych przewiduje wyjątki od tej sytuacji w ramach tzw. dozwolonego użytku. Przede wszystkim mam tutaj na myśli prawo cytatu. Serwisy internetowe opisujące fenomen powyższej fotografii podpierając się nią teoretycznie mieszczą się w ramach konstrukcji prawa cytatu, choć radykałowie tej definicji mogliby oczekiwać od portali szczegółowej analizy słynnej „selfie”, z uwzględnieniem oceny pierwszego, drugiego planu i ogólnej kompozycji. Osobiście, dla bezpieczeństwa, w ramach grafiki tytułowej zdecydowałem się na użycie zdjęcia udostępnionego na stosownej licencji Creative Commons i stworzenie własnego opracowania, podkreślając przy tym europarlamentarne pragnienie polityka do pojawiania się tam, gdzie dzieje się historia.

Bezpieczną formą publikacji zdjęcia Jacka Kurskiego na swojej stronie internetowej jest więc linkowanie do posta na Twitterze, w którym sam dokonuje publikacji. Możliwe jest również osadzenie posta na stronie (zamebedowanie). W świetle niedawnego wyroku Trybunału Sprawiedliwości (który potwierdza to, co w sieci od dawna wydaje się dość oczywiste) – do treści raz rozpowszechnionej przez jej autora można linkować lub embedować (jeśli jest taka możliwość) do woli.

Przeróbki i memy jako opracowanie utworu

Rozmaitej fali przeróbek, pojawianie się Jacka Kurskiego na zdjęciach z gali Oscarów czy w „Rozmowach w Toku” należy przypisać przede wszystkim charakter opracowania zdefiniowanego również w ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Stworzenie takiego opracowania zależne jest od zgody twórcy dzieła pierwotnego. Zakładam, że europoseł Solidarnej Polski takiej zgody poszczególnym internautom nie udzielał. W tej sytuacji prawa polityka zostały więc również naruszone. Twórcy utworu zależnego, gdy nie posiada stosownego zezwolenia od twórcy utworu pierwotnego, wciąż jednak przysługują prawa autorskie (oczywiście tylko do samego opracowania), choć w pewnym głównie majątkowym, zakresie ograniczane, na co w komentarzu do ustawy zwróciła uwagę E. Traple. Problematyka ta jest rozległa i wybiega poza tematykę niniejszego wpisu. Co ciekawe, twórca opracowania mógłby mieć nawet pretensje do Jacka Kurskiego, rozsyłającego jego przeróbkę.

Opracowaniem nie są utwory inspirowane, czyli np. powstały w wyniku rozbawienia zaistniałą sytuacją autorski rysunek Marka Raczkowskiego czy Andrzeja Mleczki w popularnym tygodniku. Takie utwory nie naruszają oczywiście praw Jacka Kurskiego.

Jednocześnie, pomimo kilku docinków w kierunku Jacka Kurskiego, chciałem podkreślić, że Techlaw.pl jest serwisem o prawie w świecie nowych technologii i stroni od identyfikowania się z jakąkolwiek opcją polityczną. Mój – być może nieco wyczuwalny – żal do sympatycznego polityka dotyczy przede wszystkim notorycznego stwarzania zagrożenia dla życia na polskich drogach. Nie wiadomo więc czy po zbliżającym się wielkimi krokami zakończeniu politycznej kariery, a w przerwie od rajdów samochodowych ulicami polskich miast, Jacek Kurski nie zacznie dochodzić swoich roszczeń z tytułu naruszenia praw autorskich. Póki co rozsyła przeróbki na twitterze i podchodzi do sprawy z sympatycznym dystansem, ale też – jak zostało wskazane powyżej – teoretycznie ma taką możliwość.

Fot. tytułowa na podstawie Jarosław Roland Kruk / Wikipedia, licencja: CC-BY-SA-3.0 i materiałów promocyjnych filmu „Braveheart”

Audiobooki za darmo na Spotify i Deezerze

Nie wiem ile jest prawdy w umierającym czytelnictwie, natomiast na przestrzeni ostatnich lat książka stała się o wiele bardziej konkurencyjna wkraczając do świata nowych technologii. O rekonkwiście czytników ebooków rozpisują się serwisy informacyjne. Audiobook to wynalazek stary niemal jak płyta gramofonowa, ale i ta formuła dziś za sprawą internetu i mobilności zyskuje nowe życie. Nie jesteście pewni czy Wam się to spodoba? Jest dobra metoda, by się o tym przekonać.

Jak pewnie wiecie, jestem wielkim fanem usług streamingujących muzykę (szczególnie Spotify i Deezera), choć kilkukrotnie wspominałem na łamach Techlaw.pl, że muzyków często stawiają one pod przysłowiową „ścianą” – prowizje z odtwarzanych utworów, jeśli akurat nie jesteśmy na przykład Rihanną, są na tyle niskie, że tak naprawdę marny z tego dla muzyka interes. Z tym większym zaskoczeniem przyjąłem obecność w bazie usług audiobooków, a więc utworów raczej o niskim potencjalne „nabijania” odtworzeń.

Trafiają tam audiobooki od różnych autorów i wydawców. Wybiórczo i w ograniczonym zakresie, być może jako oryginalny sposób promowania tej alternatywnej formuły prezentacji książek. Tę teorię potwierdzałby fakt, że niektóre tytuły pojawiały się w bazie tylko na krótki czas. Inne nieprzerwanie znajdują się ta już od dawna, a całą sprawę szerszej widowni przed kilkoma dniami nagłośnił mój serdeczny znajomy, Paweł Piskurewicz z Antyweb.

Darmowe audiobooki

W obu serwisach na katalog składają się w dużej mierze lektury, ale nie brakuje też ciekawej literatury z pogranicza szeroko pojętej beletrystyki – tak polskiej, jak i zagranicznej. Niestety, na ten moment Deezer i Spotify nie klasyfikują publikacji w żadnej sposób ułatwiający ich znajdowanie. Jedynym wyjściem jest wpisanie interesującej nas książki, a w przypadku – fundamentalnej w przypadku obu usług – chęci odkrywania nowości… najlepiej spisuje się klikanie po nazwiskach znanych lektorów i odkrywanie książek, które czytali.

Poniżej przygotowałem krótką listę wartych uwagi pozycji na dobry początek (główne kryterium – rozpoznawalność autorów – bez szczególnych preferencji). Zainteresowanych zachęcam do korzystania, a może nawet uzupełniania jej w komentarzach.

  • Mariusz Szczygieł – „Zrób sobie raj”  – Spotify – Deezer
  • Dan Brown – „Zaginiony symbol” – Spotify – Deezer
  • Rafał Ziemkiewicz – „Polactwo” – SpotifyDeezer
  • Stephen King – „Zielona mila” – SpotifyDeezer
  • Jacek Piekara – Sługa Boży” – SpotifyDeezer
  • John Grisham – „Kancelaria” – SpotifyDeezer
  • Harlen Coben – „W głębi lasu” – SpotifyDeezer
  • Bogusław Wołoszański – „Twierdza szyfrów” – SpotifyDeezer
  • Henryk Sienkiewicz – „Ogniem i Mieczem” – SpotifyDeezer
  • Bolesław Prus – „Lalka” – SpotifyDeezer
  • Juliusz Verne – „Podróż do wnętrza Ziemi” – SpotifyDeezer
  • Mario Puzo – „Rodzina Borgiów” – SpotifyDeezer
  • Renata Piątkowska – „Opowiadania dla przedszkolaków” – SpotifyDeezer
  • Stieg Larsson – „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet” – SpotifyDeezer
  • Lee Child – „Siła perswazji” – Spotify
  • Victor Hugo „Nędznicy” – SpotifyDeezer
  • Anne Fortier „Julia” –  Deezer
  • Władysław Bartoszewski „Opowieść mojego życia” – Deezer
  • Rafał Ziemkiewicz „Michnikowszczyzna” – SpotifyDeezer
  • Ben Wisely „Złodziej czasu” – Spotify – Deezer
  • James Sallis „Drive” – SpotifyDeezer

Napisał do mnie również twórca aplikacji Beeblio, która w zasobach Deezera wyszukuje audiobooki w kilku popularnych językach (m.in. angielskim i polskim), co też może być przydatnym narzędziem.

Paweł Piskurewicz z Dobrych Programów podpowiada, że podobną ofertę można znaleźć też w Google Muzyka, Xbox Muzyka czy WiMP, co być może zainteresuje osoby, które preferują alternatywne dla Spotify i Deezera usługi.

Fot. tytułowa: Spotify dla prasy

O tym jak twórcy Game Dev Tycoon zakpili sobie z piratów

To dopiero historia! Jak wiadomo, choć niektórzy posiłkują się badaniami zdającymi się temu przeczyć, piractwo komputerowe jest powszechnie nielubiane przez twórców oprogramowania. Autorzy Game Dev Tycoon – gry polegającej na zarządzaniu firmą produkującą… gry – postanowili solidnie zakpić sobie z piratów.

Żart wyszedł im znakomicie do tego stopnia, że na rozmaitych forach internetowych nieuczciwi gracze pomstowali wniebogłosy na szkodliwość procederu piractwa. Ale po kolei:

Twórcy gier komputerowych zabezpieczają się przed piratami na rozmaite sposoby. Czasami przegranie płyty, złamanie części zabezpieczeń DRM, podmienienie plików czy wygenerowanie klucza tylko pozornie pozwalają cieszyć się rozgrywką, jaką otrzymują uczciwi nabywcy. Przekonali się o tym choćby fani gry The Settlers 3, gdzie w przypadku wykrycia pirackiego egzemplarza huta żelaza produkowała… prosiaki, uniemożliwiając tym samym ukończenie gry. Równie nieciekawy żywot mieli „alternatywni nabywcy” Serious Sam 3 – w trakcie zabawy przez cały czas na ich bohatera polował gigantyczny skorpion. Takich dowcipnych przykładów, trochę bezradności, trochę złośliwości, a trochę poczucia humoru twórców można na przestrzeni ostatnich lat podawać wiele.

Natomiast odpowiedzialne za Game Dev Tycoon (swoją drogą niesmacznie podobne do wydanej kilka lat wcześniej Game Dev Story) studio Greenheart Games przebiło w tej materii wielu swoich branżowych kolegów. Dosłownie kilka chwil po oficjalnej premierze gry, opublikowali w sieci również jej scrackowaną, podrobioną wersję. Wrzucili na najbardziej popularny serwis z torrentami, a następnie z satysfakcją obserwowali, jak alternatywna edycja rozchodzi się po sieci. Tylko po pierwszym dniu dystrybucji w obu kanałach miała ona zdecydowanie większe udziały w gronie używanych przez graczy egzemplarzy.

game dev tycoon

W trakcie zabawy gracze mogli zajmować się produkowaniem gier, prowadzeniem profesjonalnego studia, współpracą z twórcami nowych platform. Wersja alternatywna różniła się od tej sprzedawanej przez internet tylko jednym detalem. W pewnym momencie, na etapie już dość mocno rozwiniętego biznesu, sprzedaż wyprodukowanych gier zaczęła gwałtownie spadać. Przyczyna? Jak wskazywał komunikat widoczny na ekranie: piractwo!

I teraz wyobraźcie sobie sytuację kiedy tysiące graczy, którzy ściągnęli sobie Game Dev Tycoon z torrentów, zbierają się na forach internetowych, proszą o porady jakie działania podjąć w grze, by przeciwdziałać sytuacji prowadzącej do rychłego bankructwa, wypytując jak w wirtualnym świecie wynaleźć DRM, pomstują przy tym z całego serca, na tych okrutnych piratów, którzy doprowadzają ich do ruiny. To nie żart lub koloryzowana anegdota, całą sprawę na swojej stronie, wraz ze screenami najzabawniejszych postów, opisali twórcy gry.

Cała sprawa spodobała mi się tak bardzo, że postanowiłem ją opisać na Techlaw.pl. Twórcy nie tylko zakpili sobie z osób, które nie uszanowały ich pracy, ale przy okazji zaserwowali piratom potężny przekaz edukacyjny. Być może chociaż część z zainteresowanych zrozumiała, że ich wirtualne studio może istnieć w rzeczywistości. A może nawet to jego grę „podprowadzili” właśnie z torrentów.

Jak legalnie oglądać House of Cards w Polsce?

House of Cards to jeden z dowodów na to, że seriale telewizyjne nie są już ubogim krewnym filmowego przemysłu Hollywood. Wręcz przeciwnie, przynoszą gigantyczne zyski, ich odzew w mediach jest większy od tradycyjnych produkcji, a do projektów coraz chętniej włączają się prawdziwe nazwiska. No bo jak inaczej określić Kevina Spaceya i Davida Finchera?

Z serialami telewizyjnymi w Polsce sytuacja jest o tyle trudna, że do naszego kraju nie docierają wcale, docierają z opóźnieniem, a nawet jeśli dotrą – czasami paskudnie psuje je lektor pozbawionym uroku tłumaczeniem. Usług VOD mamy jak na lekarstwo, a nawet jeśli takowe są (np. HBO GO) to i z ich ogólnodostępnością bywają problemy. Czy jest zatem możliwe, by polski telewidz mógł oglądać ten wybitny serial bez konieczności pozostawania w tyle miesiące za zachodnimi sąsiadami?

Czytaj też w ramach cyklu prawo po godzinach:

Czy wolno oglądać Netflix w Polsce?

Serial House of Cards jest cudownym dzieckiem serwisu VOD o nazwie Netflix. To takie Spotify z filmami i serialami. Sami postanowili stworzyć swoją produkcję o iście telewizyjnym rozmachu i był to strzał w dziesiątkę, gdyż dziś usługa jest obiektem pożądania w wielu krajach, a Kevin Spacey był istotnym elementem jej promocji. Niestety, Netflix nie jest dostępny w Polsce (choć niebawem może się to zmienić). Mieszkający nad Wisłą widz na ten moment pod adresem netflix.com znajdzie jedynie zaślepkę, która informuje „nic z tego, może kiedyś”.

Jak legalnie oglądać House of Cards w Polsce?

Ale nie od tego jest internet, żeby tolerować geograficzne ograniczenia. I tak oto rezolutni internauci stworzyli co najmniej kilka metod obchodzenia geograficznej bariery, stosując proxy, VPN i różne wymyślne metody oszukiwania Netfliksa co do swojej lokalizacji. Niektórzy korzystają z wtyczek do przeglądarek (np. bardzo popularnej Hola Bettter Internet), inni korzystają nawet z usług płatnych pośredników, którzy sprawiają wrażenie pochodzenia choćby z Niemiec czy Wielkiej Brytanii. Kilka dni temu Unia Europejska grzmiała, że nie wszyscy Europejczycy są równie sprawiedliwie traktowani w sprawie wiz do USA. Miejmy nadzieję, że podobna interwencja w sprawie Netfliksa nie będzie konieczna!

Oszukany w ten sposób Netflix nie jest w stanie rozpoznać, że internauta pochodzi z Polski. Możliwe jest wówczas założenie konta w serwisie. Niestety, do założenia konta konieczne jest zamieszkiwanie w jednym z obsługiwanych krajów lub też podanie fałszywych danych w trakcie rejestracji (co ciekawe jednak – sam Netflix nie wybrzydza już w kwestii pochodzenia karty kredytowej). Wykupując w ten sposób abonament w Netflix (a pierwszy miesiąc dostajemy gratis) nie naruszamy prawa autorskiego, którego i tak byśmy nie naruszali, ponieważ streaming mieści się w granicach dozwolonego użytku prywatnego.

Problemem są tutaj warunki korzystania z usługi Netflix, która jasno zaznacza, że ze względów licencyjnych (chodzi o licencje w relacji pomiędzy Netflixem a stacjami, od których kupuje seriale) ogranicza się tylko do określonych miejsc.

You may view a movie or TV show through the Netflix service only in geographic locations where we offer our service and have licensed such movie or TV show. The content that may be available to watch will vary by geographic location. Netflix will use technologies to verify your geographic location.

Łamanie zaakceptowanych uprzednio warunków korzystania z serwisu to również łamanie prawa, poprzez naruszanie warunków umowy: rejestrując się w serwisie Netflix zawieramy z nim pewną umowę, którą obie strony zgadzają się przestrzegać. Łamiąc ją (a korzystając ze wspomnianych praktyk obchodzenia geolokalizacji – łamiemy) tracimy prawo do jakichkolwiek zapewnień jakościowych ze strony usługi, jak również narażamy się na ryzyko prawnocywilnych konsekwencji ze strony jej administracji. Odszkodowanie za oglądanie Netflixa z Polski? Mało prawdopodobne, ale teoretycznie możliwe.

Torrenty i Kinomaniaki

Choć tyle narzeka się na rygorystyczne i bezlitosne prawo autorskie, korzystanie z różnej maści formatów wymiany typu P2P jest tak naprawdę jedynym wymienionym w tym artykule przykładem wyraźnego naruszania tychże. Wspominałem o tym we wpisie Widzowie RedTube kontra prawnicy-hackerzy, gdzie powołałem się na popularne w społeczeństwie przekonanie „wolno ściągać, nie wolno udostępniać”.

Niektórzy mistrzowie programów obsługujących wymianę plików P2P twierdzą, że i ten aspekt można obejść poprzez zablokowanie wysyłania danych. Warto mieć jednak na uwadze, że niektóre programy podają niepełne informacje na temat rzeczywistej prędkości wysyłanych danych, a nawet przy zminimalizowaniu transferu wysyłanego do zera, wciąż zdarza się, że z komputera wydostają się pojedyncze bity. To już z kolei prowadzi do naruszania praw autorskich, a wydawcy, szczególnie Polscy, zapewniam – nie lubią torrentowiczów i mają metody ich ścigania.

Inaczej sprawa się ma z serwisami typu Kinomaniak, iitv, Scs, Seriale-Online, itd. W mojej ocenie sposób funkcjonowania tych serwisów narusza prawo, ponieważ w drodze embedowania lub linkowania rozpowszechniają oni bez tytułu prawnego treści należące do innych podmiotów. Szerzej pisałem o tym we wpisie „Dlaczego Kinomaniak musiał zniknąć?„.

Inaczej ma się sprawa z użytkownikami tych serwisów. Streaming, czyli odtwarzanie seriali/filmów/YouTube ogranicza się jedynie do pobierania tych treści z sieci (z wyjątkiem streamingu wzbogaconego o wtyczki do przeglądarek, popularna praktyka przy nielegalnych transmisjach sportowych, gdzie równocześnie transmisję przesyłamy do kolejnych widzów). Mieści się zatem w granicy dozwolonego użytku. Podczas gdy serwisy typu MaxVideo, AnyVideo, itd., a także rozpowszechniające je agregatory seriali mogą zostać posądzeni o rozpowszechnianie pirackich treści (lub choćby zmuszeni do usunięcia ich w ramach procedury notice and takedown), widz jest w tej materii bezpieczny.

Oczywiście ocenę moralnego aspektu oglądania tą drogą House of Cards i innych seriali  pozostawiam Wam. Z całą pewnością może ona jednak budzić wątpliwości.

Legalność House of Cards na 101%?

Tym razem polska telewizja się popisała. Platforma nc+ rozpocznie transmisję drugiego sezonu House of Cards zaledwie tydzień po jego światowej premierze, już 21. lutego, co brzmi niezwykle krzepiąco, ponieważ emisję pierwszego sezonu stacja AleKino+ rozpoczęła (jak zwykła chwalić się w doniesieniach prasowych) „zaledwie 9 miesięcy po światowej premierze”. Jeżeli chcemy być bezpieczni z punktu widzenia prawa, a także nie pozostawiać moralnych wątpliwości co do sposobu oglądania serialu, trzeba niestety poczekać na transmisję telewizyjną. O zaplanowanej godzinie, przed telewizorem, w tygodniowych odstępach. Tak to właśnie robimy na wschodzie.

Aktualizacja 01.08.2014 – House of Cards w polskich VOD

W mocno ograniczonym zakresie, półtora roku po światowej premierze, House of Cards dociera w końcu do polskich serwisow typu VOD (m.in. VOD.pl i Kinoplex). Te, dzięki umowie ze stacją AXN i usłudze AXN od 1. sierpnia 2014 roku będą miały w swoich zbiorach (zaledwie) pierwszy sezon serialu. Miesięczny abonament pakietu wynosi 10 złotych i warto zastanowić się, z którego serwisu VOD ostatecznie skorzystać, gdyż ich oferta jest zróżnicowana – gdzieniegdzie możemy w ten sposób uzyskać dostęp także do innych seriali (m.in. Hannibal).

Aktualizacja 27.02.2015 – Trzeci sezon House of Cards w Seriale+

W ciągu roku sporo w polskim rynku serialowym pozmieniało się na lepsze. Już dzień po premierze, trzeci sezon House of Cards będzie można oglądać w ramach usługi VOD Seriale+ należącej do platformy nc+.